„I wyszedł Jaakow” (Tora, Bereszit 28:10). Raszi wyjaśnia: „Nie było potrzeby tak pisać. Dlaczego więc fakt, że Jaakow poszedł do Charanu, nazywa się wyjściem? To uczy, że wyjście sprawiedliwego z danego miejsca pozostawia ślad. Gdy sprawiedliwy przebywa w mieście, on jest jego wielkością, blaskiem i pięknem i miasto jest wspaniałe. A kiedy odchodzi stamtąd, wraz z nim odchodzi wielkość i blask, piękno je opuszcza”. Ale z punktu widzenia duchowej pracy, co oznacza „sprawiedliwy” i co oznacza „ślad”, który pozostawia on podczas swego wyjścia?
A wyjaśnienie jest takie, że Stwórca nazywany jest sprawiedliwym. Jak napisano: „Stwórca – sprawiedliwy, a ja i mój lud – grzesznicy”. Ponieważ wtedy, gdy człowiek jest blisko Stwórcy, czyli odczuwa, że Stwórca jest blisko niego i czuje, że Stwórca czyni mu dobro, wtedy ma on nastrój, smak w Torze i modlitwie. I we wszystkich swoich działaniach odczuwa bliskość Stwórcy, a wszystko, co czyni, wykonuje z radością i wzniesionym duchem.
A potem przychodzi upadek, czyli traci smak do nauki Tory i dobrych czynów, i pozostaje w nim jedynie reszimo (ślad, zapis, wspomnienie) z czasów wzniesienia, gdy miał smak i nastrój do Tory, i panował stan radości. I to reszimo, które w nim pozostało, wywołuje uczucie tęsknoty za dawnym stanem. (I to bardzo przypomina rozprzestrzenienie i wyjście światła, które następnie tworzy kli). I to oznacza, że poprzez te reszimot (ślady) budzi się możliwość powrotu do wcześniejszego stanu, w którym odczuwał smak w Torze i modlitwach, zwanego stanem wzniesienia. I dopiero teraz odczuwa swoją niskość w oddaleniu od duchowości.
Powstaje pytanie – za co i po co ten upadek? I kto odnosi z tego korzyść? Może to kara za jakiś jego grzech i powinien się w tym naprawić? Ale on nie wie, w czym jest jego wina, przez którą spadł ze stanu wzniesienia, w którym się znajdował. I dlatego nie wie, co powinien naprawiać. Z jednej strony, nie widzi w sobie żadnego braku, przez który miałby stracić stan wzniesienia, i dlatego jest zmuszony powiedzieć sobie, że to pochodzi od Stwórcy. A wtedy powstaje pytanie: jaki jest pożytek z tego, że Stwórca oddalił go, zepchnął go w dół?
I tym możemy wyjaśnić, dlaczego „wyjście sprawiedliwego z miejsca pozostawia ślad”. Ponieważ w czasie wzniesienia, czyli gdy „Stwórca znajduje się w tym miejscu” – w „ciele”, wtedy wywołuje On w człowieku uczucie zachwytu Torą i przykazaniami. I dlatego u człowieka nawet nie pojawia się pytanie, czy warto zwrócić uwagę na znaczenie tego, że Stwórca jest w nim obecny, jak powiedziano: „Ja, Stwórca, przebywam w was, w waszej nieczystości”. Jak ocenić to, że ma tak wielki dar, że wie, kto znajduje się w jego wnętrzu, i oddaje temu należny szacunek? Lecz wychodzi na to, że nikt nie może mu pomóc wznieść się na wyższy stopień, ponieważ odczuwa on zadowolenie i spełnienie w pracy na obecnym poziomie.
Dlatego został strącony z niebios, by mógł na nowo poznać, jak bardzo należy cenić ten stan, w którym został wywyższony i przybliżony, a którego sam nie docenił.
Pojawia się pytanie: Dlaczego człowiek powinien cenić wagę wzniesienia? Przecież w świetle nie ma podziału na stopnie, a wszystkie stany, wielkie i małe, zależą od ich postrzegania w pragnieniach człowieka: jak postrzega światło, taka będzie jego wielkość. I jeśli człowiek otrzymał coś z góry i ma rozum, by nadać temu wagę, to w miarę tego, jak jest to dla niego ważne – światło w nim się powiększa i rozświetla go coraz bardziej, na wyższych stopniach.
I wynika z tego, że cały jego „grzech”, przez który został „strącony w dół”, polegał na tym, że nie nadał odpowiedniej „wagi” stanowi, w którym się znajdował, i zadowalał się nim. Dlatego zmuszony byłby pozostać na tym stopniu na zawsze; zatem upadek ten jest dla człowieka korzystny, ponieważ dzięki temu „upadkowi” ma teraz możliwość wznieść się na wyższy duchowy poziom.
I dlatego powiedziano: „wyjście sprawiedliwego zostawia ślad”. Gdy sprawiedliwy jest „w mieście”, „on jest jego wielkością, blaskiem, pięknem” i wyjaśnia się to tak: nie potrafił ocenić on całej wagi tego, co się tam znajdowało, dlatego „wyszedł stamtąd i zostawił wielkość, zostawił blask, zostawił piękno”.
I dlatego „wyjście sprawiedliwego zostawia ślad”, by wiedział, że gdy znajdował się w mieście, nie zwrócił uwagi na znaczenie wielkości, blasku, piękna tego miejsca, a „zostawił”, co znaczy, że nie było w nim poczucia ważności wszystkich tych stopni. I to oznacza „zostawia ślad”. To znaczy, że ma w nim pozostać wspomnienie, że przyczyną wyjścia sprawiedliwego z miejsca było to, że „zostawił”, czyli naprawdę były tam wszystkie stopnie, ale on po prostu nie zwrócił na nie uwagi. Ponieważ powinien był wiedzieć, że w świetle nie ma zmian, a wszystko zależy od kelim, od naprawionych pragnień. Dlatego możemy powiedzieć, że wyjście światła nie było z powodu grzechu, lecz po to, by dać mu możliwość wznieść się na stopnie świętości.
I jest jeszcze jedno wyjaśnienie do powiedzenia: „Wyjście sprawiedliwego z miejsca pozostawia ślad”. Chodzi o to, że gdy „sprawiedliwy jest w mieście”, czyli gdy człowiek potrafi usprawiedliwić to sterowanie, gdy potrafi przezwyciężyć stan, w którym się znajduje, i mówi: „Z całą pewnością Stwórca jest dobry i sprawiedliwy, a Jego stosunek do mnie to dobro i sprawiedliwość, i chce On, bym właśnie to czuł, co czuję” – wynika z tego, że usprawiedliwia on sterowanie, i wtedy od razu dostrzega znaczenie altruistycznej pracy – pracy ponad rozum. I to się nazywa: „gdy sprawiedliwy jest w mieście, on jest jego wielkością, blaskiem, pięknem”, wtedy wszystkie te zalety są jego.
„Wyszedł stamtąd”, czyli wyszedł ze stanu, w którym usprawiedliwiał sterowanie, i teraz pragnie wszystko postrzegać swoim rozumem, dlatego nie odczuwa już żadnego smaku w altruistycznej pracy. Wtedy opuścił wielkość, opuścił blask, opuścił piękno i ponownie popadł w egoizm, to znaczy, że nie ma żadnego duchowego poznania, a wszystko opiera się jedynie na tym, co znane, i na własnym rozumie. I to właśnie oznacza: „wyjście sprawiedliwego z miejsca pozostawia ślad”.
Gdy poprzez „wyjście sprawiedliwego”, czyli gdy pojawia się myśl: „teraz czuję smak w Torze i modlitwach, i nie potrzebuję już pracy «wiary ponad rozum»” – to powoduje wyjście sprawiedliwego z miejsca i zostawia ślad, by człowiek od tej chwili wiedział, jak strzec się przed tym, by nie porzucić pracy ponad rozum.
Baal Sulam powiedział: „Kiedy człowiek mówi, że dziś ma już oparcie i nie znajduje się między niebem a ziemią, to wtedy z pewnością «spadnie» z tego stopnia, ponieważ tym samym szkodzi swojej pracy – wierze ponad rozum”. I dlatego tylko w upadku, gdy „światło wychodzi”, zostaje po nim ślad, za pomocą którego człowiek znów uczy się, jak się strzec i nie zaszkodzić pracy w „wierze ponad rozum”, a stale usprawiedliwiać wyższe sterowanie.
„A oto drabina stała na ziemi, a jej wierzchołek sięgał nieba, i oto aniołowie Stwórcy wstępują i zstępują po niej”. Komentatorzy pytają: „Powinno być napisane najpierw «zstępują», a dopiero potem «wstępują»”. Aby wyjaśnić to z punktu widzenia „pracy”, należy wyjaśnić, że drabina to człowiek, który mimo że stoi na ziemi, jego głowa sięga niebios. To znaczy, że kiedy człowiek zaczyna się wznosić, osiąga niebiosa, i nie powinien się dziwić, że drabina stoi na ziemi.
Najpierw jednak powinniśmy zrozumieć, co oznacza „na ziemi”. Ziemia to najniższy punkt, poniżej którego już nie można upaść; ale mimo to widzimy, że wszystkie piękne budowle i wszystkie dobre owoce wyrastają właśnie z ziemi.
Jak wiadomo, pod słowem „ziemia” rozumie się pragnienie otrzymywania, które jest podstawą całego stworzenia. I całe zło na świecie pochodzi z tego pragnienia. Bez wątpienia, że wszystkie wojny, morderstwa i inne rzeczy pochodzą z jednego korzenia – z pragnienia otrzymywania. I to nazywa się „drabiną, stojącą na ziemi”, czyli człowiek na początku swego przyjścia na świat stoi na ziemi (hebr. erec – ziemia, od słowa ercé – „pragnę”), czyli pragnie otrzymywać, i jest to najniższy ze stanów, nie ma niższego. Ale mimo to jego głowa „sięga nieba”, czyli za pomocą tego, że drabina „stoi na ziemi”, jego głowa może sięgać niebios. A także słowo ercé ma dwa znaczenia: 1) „ja chcę” – ercé, 2) najniższy stan, od słowa „ziemia” – erec.
Jak wiadomo, najważniejsze w stworzeniu to pragnienie otrzymywania, co widać z porządku powstawania wszystkiego, co zostało stworzone. Ponieważ na początku stworzenia zrodziło się tylko to pragnienie, a potem powstały naprawy, nazywane „podobieństwem właściwości”, kiedy niższy, nazywany „ziemią”, osiąga „niebo”, czyli podobieństwo do właściwości wyższego, który nazywa się dającym, nasładzającym. I stąd wyjaśnienie, że nawet jeśli człowiek stoi na ziemi, ma możliwość naprawy, i wtedy „głowa”, nazywana „wierzchołkiem drabiny”, dosięga niebios, czyli osiąga podobieństwo właściwości z niebem, określanym jako otrzymywanie z zamiarem oddawania.
Tak jak na początku stworzenia pojawiło się pragnienie otrzymywania, a potem powstała naprawa tego – zamiar obdarzania, tak i tutaj: pod słowem „drabina” rozumie się człowieka, który stoi na ziemi – najpierw na ziemi, a potem osiąga niebo.
Sens tego jest taki, że nie należy się dziwić, że człowiek pełen jest pragnień, które należą do „ziemi”, i nie ma w nim ani iskry obdarzania i dlatego nie jest w stanie uwierzyć, że ciało może otrzymać możliwość pracy z zamiarem obdarzania. Ale powinien uwierzyć w to, że Stwórca chce, by droga i porządek pracy wyglądały właśnie tak, by „drabina stała na ziemi, a wierzchołkiem sięgała nieba”.
I z tego zrozumiemy, co napisano: „I aniołowie Stwórcy wstępują i zstępują po niej”. I pada pytanie: „Przecież wiadomo, że aniołowie znajdują się w niebiosach, więc należałoby napisać, że najpierw zstępują, a potem wstępują, a nie odwrotnie?”
A wyjaśnienie jest takie, że chodzi tu o człowieka, to właśnie on jest posłańcem Stwórcy. Ponieważ posłaniec nazywa się aniołem, to ci ludzie, którzy kroczą drogami Stwórcy, nazywani są Jego aniołami. I oni najpierw się wznoszą, ponieważ „drabina stoi na ziemi”, dochodzą do wierzchołka drabiny, co nazywa się „głowa sięga niebios”, a dopiero potem zstępują.
Drabina ma dwa krańce. Jeden kraniec – na ziemi, czyli w stanie niższym, a drugi – „głowa sięga nieba”. To wskazuje, że w takiej mierze, w jakiej człowiek wywyższa „głowę”, osiąga niebo, w tej samej mierze będzie w stanie poczuć podłość swego przebywania na ziemi i żałować, że znajduje się w ziemskich pragnieniach. Ale jeśli nie posiada rzeczywistego poznania, jeśli jego „głowa nie sięga nieba”, to nie ma z czym porównać swojego obecnego stanu jako upadku.
Czyli w takiej mierze, w jakiej człowiek się wznosi, „głową sięgając niebios”, w takiej mierze może ocenić wielkość upadku i swoją niskość. I to właśnie jest wyjaśnieniem słów: „Najpierw wstępują, potem zstępują”. Czyli człowiek nie odczuwa stanu upadku inaczej, jak tylko w takim stopniu, w jakim ceni „niebo”. Dlatego „wstępują”, a potem „zstępują”.
I drabina, po której człowiek powinien się wznieść, aby wypełnić przeznaczenie, z którym został posłany przez Stwórcę, zaczyna się od stopnia nazywanego „drabiną stojącą na ziemi” i dochodzi do stopnia „głowa sięga nieba”. To znaczy: najpierw jest stan niski, pragnienie otrzymywania, naturalna właściwość człowieka, a potem stan „głowy”; czyli na końcu drabiny powinien on osiągnąć „niebo”, dojść do „obdarzania”, i to nazywa się „niebo”, ponieważ ziemia nazywa się przyjmującą, a niebo – dającym.
A teraz rozważmy pojęcie „wstępują i zstępują”. Człowiek powinien wiedzieć, że w czasie, gdy odczuwa stan upadku, na przykład, gdy zajęty jest handlem, pracuje w fabryce lub po prostu idzie ulicą, i nagle, jakby budząc się ze snu, czuje się w stanie głębokiego upadku, to powinien wiedzieć, że ten stan pojawia się zawsze po wzniesieniu, i to nazywa się: „najpierw wstąpienie, potem zstąpienie”, ponieważ gdyby nie było wzniesienia na ten stopień i pobudzenia „z góry”, nie pojawiłoby się to odczucie. W rzeczywistości w ten sposób „wzywa się” go z góry.
I wychodzi, że cała nasza praca przypomina „drabinę stojącą na ziemi, a jej wierzchołkiem sięgającą nieba”; to znaczy, że „drabina człowieka” ma dwie właściwości, z pomocą których wznosi się on po „drabinie życia”:
- Gdy „drabina stoi na ziemi”, czyli – jego pragnienie otrzymywania określone jest jako „ziemia” – niski stan, ponieważ ziemia to przyjmująca, żeński początek, i ona otrzymuje od „nieba”, a „niebo” nazywane jest męskim początkiem – dającym. A „głowa sięga niebios”, to znaczy, że właściwość obdarzania, nazywana „niebem”, jest dla niego „głową”, czyli najważniejszą częścią. I w takiej mierze, w jakiej stan obdarzania jest dla niego ważny, w takiej mierze „ziemia” – jego pragnienie otrzymywania, określone jest przez niego jako stan niski;
- Gdy stan człowieka to „ziemia”, czyli „ja chcę” nazywa się w nim „głową”, wtedy „niebo” wydaje mu się najbardziej nikczemnym stanem.
A ci, którzy uważają siebie za posłańców Stwórcy, posłanych na ten świat do naprawy, nazywają się „aniołami Stwórcy”. „Wstępują i zstępują w nim” – widzą w sobie drabinę życia, stojącą na ziemi, że pragnienie otrzymywania to stan niski, a „głowa sięga nieba”; to znaczy, że „niebo” – to stan obdarzania, i więc pragną osiągnąć stan obdarzania, ponieważ najważniejsze w ich pracy to sprawić nasłodzenie Stwórcy, i to u nich określa się jako „głowa”, to, co jest najważniejsze. I gdy otrzymują pragnienie obdarzania, to nazywa się „wywyższeniem” i na to czekają z niecierpliwością. A gdy znajdują się pod władzą „ziemi”, odczuwają stan niski i pragną tylko, by móc zacząć obdarzać Stwórcę.
Wyjście sprawiedliwego pozostawia ślad
(„I wyszedł Jaakow”, wariant 2)
Stwórca nazywany jest sprawiedliwym, ponieważ kiedy człowiek widzi wszystkie działania Stwórcy, usprawiedliwia je i sam nazywa Stwórcę sprawiedliwym. Wtedy i sam człowiek, ponieważ osiągnął taki stopień objawienia Stwórcy, nazywany jest sprawiedliwym.
Ponieważ człowiek może objawić taką właściwość Stwórcy tylko wtedy, gdy sam naprawi swoje właściwości aż do właściwości sprawiedliwości. Istnieje bowiem w duchowości podstawowe prawo, że można poczuć tylko to, co już znajduje się w człowieku. Zresztą tak samo funkcjonują nasze właściwości ziemskie – tylko to, co rozumiemy, możemy zrozumieć w drugim; to, czego sami doświadczyliśmy, to możemy pojąć. A jeśli nie mamy jakiejś właściwości w sobie, to nigdy nie będziemy mogli nawet zrozumieć, że jej nam brakuje, a tym bardziej nie będziemy w stanie odczuć tego, co daje się odczuć tylko przez nią.
Dlatego, jeśli celem stworzenia jest zjednoczenie ze Stwórcą, wszystko, co człowiek ma obowiązek uczynić, to nabyć właściwości Stwórcy. Mędrcy kabaliści mówią, że człowiek ma obowiązek osiągnąć ten cel jeszcze w tym życiu na ziemi. Od człowieka zależy tylko, czy osiągnie ten stan w swoim obecnym życiu, czy w kolejnych, w przyszłych kręgach reinkarnacji.
W drodze duchowej człowieka zatem istnieje tylko jedno kryterium – na ile jego stan, jego wewnętrzne właściwości są mniej lub bardziej podobne do właściwości Stwórcy.
Człowiekowi dane jest zrozumienie celu stworzenia, siły, a jeśli stopniowo naprawia swoje właściwości i pragnienia, to w miarę ich naprawy otrzymuje coraz to nowe złe pragnienia. Jeśli naprawia również je, to dodaje mu się kolejne złe pragnienia, aby zawsze miał co naprawiać.
Ponieważ tylko naprawiając dane mu „z zewnątrz” pragnienia, człowiek czyni je swoimi, a miara – wielkość tych pragnień w ich naprawionej postaci, mówi o jego duchowym stopniu. I tak aż do momentu, gdy Stwórca przekaże mu wszystkie egoistyczne pragnienia, które są równe, lecz przeciwne właściwościom i pragnieniom Stwórcy. Po naprawieniu ich wszystkich, człowiek staje się całkowicie równy Stwórcy i całkowicie jednoczy się z Nim.
Otrzymywanie nowych egoistycznych pragnień w miejsce już naprawionych, altruistycznych, odczuwane jest przez człowieka jako duchowy upadek. Znika wtedy odczucie Stwórcy, ponieważ właściwości człowieka znów przestają być zgodne z właściwościami Stwórcy. Człowiek czuje się źle, aż do fizycznego bólu i choroby, a nie tylko depresji. Dzieje się tak dlatego, że wszystkie nasze problemy i choroby pochodzą wyłącznie z braku światła w nas, w naszych nienaprawionych pragnieniach. Ale gdy tylko człowiek znajduje w sobie siły, by naprawiać dane mu przez Stwórcę egoistyczne pragnienia, to w miarę ich naprawy zaczyna czuć się coraz silniejszy, radośniejszy, zdrowszy.
Dlatego droga człowieka w osiąganiu celu stworzenia składa się ze wzlotów i upadków. I za każdym razem, gdy wychodzi ze swojego naprawionego stanu do nowego, nienaprawionego, po to, by następnie naprawić ten nowy stan i w ten sposób osiągnąć stan naprawiony na wyższym poziomie niż poprzedni, człowiek w stanie duchowego upadku ma obowiązek usprawiedliwić Stwórcę, który posyła mu obecny, zły stan – egoistyczne myśli, rozpacz i słabość. I musi, wbrew wszystkim swoim odczuciom, w swoim rozumie (ponieważ serce i tak się z tym nie zgadza), powiedzieć, że wszystko to pochodzi od Stwórcy i tylko dla jego dobra, by mógł wznieść się duchowo jeszcze wyżej.
Tak więc, sprawiedliwym nazywany jest ten, kto w swoim odczuciu, czyli w sercu, usprawiedliwia działania Stwórcy wobec siebie. A jeśli upadł dlatego, że Stwórca dał mu zbyt wielkie egoistyczne pragnienia, których nie ma jeszcze siły naprawić i potrafi jedynie usprawiedliwić Stwórcę w rozumie, to według swojego odczucia w sercu nazywa Stwórcę „grzesznikiem”, bo w sercu czuje z Jego strony zło.
Dlatego sprawiedliwy i grzesznik to jeden człowiek, tylko w różnych stanach. A te stany mogą zmieniać się wiele razy nawet w ciągu jednego dnia.
Ale jak człowiek może się utrzymać i nie upaść, mimo że Stwórca daje mu wciąż nowe i silniejsze egoistyczne pragnienia? Tylko wtedy, gdy będąc w swoim najlepszym duchowym wzniesieniu, krytycznie stara się dostrzec w nim jeszcze brak pełni. Wtedy ocenia swój stan wzniesienia nie jako wzniesienie, lecz jako pewien upadek, jeśli znajduje w nim jakiś brak, i wtedy może wznieść się dalej. Ponieważ nie istnieje stabilny, nieruchomy stan, a zawsze istnieje ruch – w górę lub w dół. A to, że człowiekowi wydaje się, że jego obecny stan jest statyczny, wynika tylko z tego, że już zaczął spadać, ale jeszcze tego nie czuje.
Ale jeśli intencje człowieka skierowane są właśnie ku Stwórcy i on pragnie wszystko oddać Stwórcy i nasłodzić Go, a sam egoistycznie się nie nasładza, czyli całe jego nasłodzenie ze swojego stanu wynika tylko z tego, że nasładza tym Stwórcę, to niezależnie od tego, w jakim stanie się znajduje, we wzniesieniu czy w upadku, zawsze jest szczęśliwy i radosny, ponieważ wie, że we wszystkich swoich stanach ma więź jedynie ze Stwórcą.
W takim przypadku jego odczucie własnego stanu nie zależy od tego, co daje mu Stwórca, lecz zależy wyłącznie od myśli, że i teraz zbliża się do Stwórcy; to znaczy jego odczucie znajduje się ponad jego rozumem, i dlatego nazywa się to „ponad rozum” (lemaala mi ha-daat). Ogólnie rzecz biorąc, całe zadanie człowieka sprowadza się do tego, aby nieustannie dążyć do stanu, w którym mógłby ponad rozum, czyli wbrew niemu, usprawiedliwiać działania Stwórcy, czyli swoje własne stany.
Droga, po której człowiek się wznosi, nazywa się „drabina (sulam)”. Stoi ona na ziemi, na samym dole, poniżej którego już nie ma miejsca, czyli stanu człowieka. W tym stanie człowiek się rodzi – z najgorszymi swoimi cechami, jako doskonały egoista. Duchowo taki stan tych, którzy znajdują się na ziemi nazywa się „erec (ziemia)”, od słowa „racon (pragnienie)”, czyli człowiek jest niewolnikiem swoich naturalnych egoistycznych pragnień. Erec pochodzi też od słów „ani roce (ja chcę)”.
Ale szczyt tej drabiny sięga nieba. To znaczy, że celem człowieka jest osiągnięcie właściwości nieba. Ale ponieważ pragnienia człowieka się nie zmieniają, a jedynie w miarę tego, jak jest w stanie je naprawiać, odkrywa w sobie coraz bardziej grube egoistyczne pragnienia, to jak w ogóle może się oderwać od swojego miejsca na ziemi, nie mówiąc już o tym, by stać się podobnym we właściwościach do Stwórcy? Rzecz w tym, że nie ma absolutnie żadnej potrzeby zamieniać swoich pragnień na pragnienia Stwórcy, i zresztą jest to niemożliwe. Trzeba jedynie używać ich w celu oddawania, tak jak czyni to Stwórca. Pragnieniem Stwórcy jest tylko nasłodzić człowieka. Ale ponieważ człowiek nie jest Stwórcą, lecz stworzeniem, jego jedynym pragnieniem jest otrzymywać, i to pragnienie stworzył w nim sam Stwórca.
Trzeba jedynie otrzymywać, ponieważ tym się nasładza Stwórca i wtedy człowiek staje się w intencji podobny do Stwórcy. A intencja to rzecz najważniejsza, ponieważ określa, gdzie człowiek się znajduje według swoich właściwości: czy w tym świecie, czy w duchowym,i w zależności od tego odczuwa tylko ten świat lub również duchowy.
Ale tylko w miarę swojego wznoszenia się po drabinie „do nieba”, czyli do właściwości altruistycznych, człowiek uświadamia sobie nikczemność swoich naturalnych egoistycznych pragnień, gdyż tylko w świetle Stwórcy można dostrzec swoje rzeczywiste położenie. Dlatego, jeśli człowiek nagle odkrywa w sobie upadek w intencjach i pragnieniach, powinien zrozumieć, że jest to w istocie wzniesienie w jego rozumieniu, że to jest wstępny etap wyższego duchowego poziomu. Kolejnym etapem będzie otrzymanie z góry siły, by i te nowe egoistyczne pragnienia przekształcić w altruistyczne i w ten sposób wznieść się na wyższy stopień.
W języku kabały najniższy stopień drabiny nazywa się malchut – pragnienie jedynie otrzymywania nasłodzenia, a najwyższy stopień nazywa się keter – pragnienie jedynie oddawania, właściwość Stwórcy. Jeśli człowiek podnosi swoje właściwości malchut do poziomu keter, to całe swoje egoistyczne pragnienie obraca na oddawanie i dlatego staje się równy Stwórcy w intencji, a w działaniu – o wiele większy, ponieważ wykorzystuje swoje pragnienia otrzymywania do oddawania.
W ten sposób, chociaż nogi człowieka pozostają na ziemi i nie może uciec od swoich pragnień, to jego głowa jest w niebie, ponieważ wszystkie jego myśli i intencje są w duchowym.
Dlatego powiedziano w Torze, że Jaakow widzi, jak po tej drabinie wstępują i zstępują aniołowie. Aniołem nazywa się duchowe pragnienie – siła, która pragnie jedynie spełniać wolę Stwórcy. Jeśli człowiek pragnie być aniołem i podporządkować wszystkie swoje pragnienia oddawaniu, jak Stwórca, to najpierw wznosi się, a potem, w miarę swojego wzniesienia, zstępuje, dostrzega swoje nienaprawione właściwości i je naprawia.