W pieśni chanukowej śpiewamy:
„Twierdzo i mocy mego wybawienia,
Tobie należą moje pochwały,
Stań się domem moich modlitw,
I tam zaniesiemy dziękczynienie”.
Pieśń zaczyna się od słów o wychwalaniu: „Tobie należą moje pochwały…”, następnie mówi się o modlitwie: „…stań się domem moich modlitw”, a potem znów następują słowa dziękczynienia i pochwały: „…i tam zaniesiemy dziękczynienie”.
W ten sposób mamy tu trzy części – podobnie jak w modlitwie SzmoneEsre: trzy pierwsze błogosławieństwa to pochwały i wywyższenia, środkowe błogosławieństwa są prośbami, a trzy ostatnie – ponownie pochwały i wywyższenia.
A więc początek jest podany w czasie teraźniejszym: „Tobie należą moje pochwały…”, czyli dziękujemy i wychwalamy Cię za dobro, które już od Ciebie otrzymaliśmy. To podobne do tego, co powiedzieli mędrcy (traktat Brachot 32): „Zawsze niech człowiek najpierw wywyższy wielkość Stwórcy, a dopiero potem się do Niego modli”.
Sens w tym, że tylko ten, kto wierzy, że Stwórca jest dobry i miłosierny oraz pragnie nasłodzić stworzenia, ma „miejsce” na modlitwę. I dlatego mamy obowiązek najpierw wywyższyć Stwórcę, czyli sam człowiek powinien wznieść wielkość tego „miejsca”, a nie że Stwórca miałby zobaczyć, że człowiek Go wywyższa, bo Stwórca nie potrzebuje stworzeń. To człowiek sam musi dostrzec wielkość Stwórcy, i dopiero wtedy będzie mógł prosić Go o pomoc, by pomógł także jemu, ponieważ właśnie taka jest Jego istota: nasłodzić stworzenia.
I dlatego po słowach „Tobie należą moje pochwały” następuje modlitwa: „…stań się domem moich modlitw”. „Dom moich modlitw” – sens tych słów jest taki sam jak w wersecie: „…i przyprowadzę ich na Górę Mojej świętości i rozweselą się w Domu Moich modlitw”. „Góra” (har po hebrajsku) pochodzi od słowa oznaczającego myśli, rozważania (hirhurim), czyli „uświęć ich myśli, aby wszystkie ich rozważania pochodziły ze świętości” – i na tym polega sens słów: „Góra Mojej świętości”.
„I rozweselą się w Domu Moich modlitw” – to serce człowieka, to ono powinno być „miejscem” dla wzniesienia, inspiracji Szchiny, ponieważ Szchina nazywana jest „modlitwą” – jak wiadomo, Malchut nazywana jest „modlitwą”, jak powiedziano: „A ja – modlitwa”. („Ja” w kabale oznacza Malchut). A po słowach „stań się domem moich modlitw” następuje „…i tam zaniesiemy dziękczynienie”. W ten sposób najpierw jest wychwalanie, potem modlitwa, a następnie ponownie dziękczynienie i wychwalanie – w tej samej kolejności, co w modlitwie „SzmoneEsre”, która kończy się pochwałą i wywyższeniem Stwórcy.
Ale co ma zrobić człowiek, który chciałby rozpocząć od wychwalania, lecz jego serce jest zamknięte, i czuje w sobie wiele braków, i nie jest zdolny do wychwalania i oddania czci? Jedyna rada – postępować z wiarą ponad wiedzę i powiedzieć, że we wszystkim ukryte jest miłosierdzie, czyli powiedzieć, że wszystko wokół to miłosierdzie, ale dla niego jest ono na razie niejawne, ponieważ sam nie jest jeszcze dostatecznie czysty, by móc dostrzec całe to dobro i nasłodzenia, które Stwórca przygotował dla swoich stworzeń.
I po tym, jak wywyższy chwałę tego „miejsca”, czyli gdy wierzy ponad wiedzę, że absolutnie wszystko wokół – to jedynie dobro i miłosierdzie, powinien modlić się, by Stwórca naprawił jego serce. Aby stało się ono „domem modlitwy”, co oznacza, że miłosierdzie Stwórcy stanie się tam jawne – to nazywa się jawnym, objawionym miłosierdziem.
„I tam zaniesiemy dziękczynienie”, czyli wyrazi wdzięczność za to, że zdołał złożyć w ofierze swój egoizm. To właśnie nazywa się: „i tam zaniesiemy dziękczynienie” – za to, że zasłużył, by złożyć w ofierze swoje pragnienie otrzymywania dla siebie, swój egoizm, i w zamian otrzymał pragnienie oddawania, altruizm, co nazywa się „uświęcił miejsce”.
Ale najważniejsze – przede wszystkim człowiek powinien mieć pragnienie pozbycia się swojego egoizmu. A ponieważ egoizm stanowi samą istotę stworzeń, to człowiek go kocha i dlatego bardzo trudno jest uświadomić sobie, że należy się go całkowicie pozbyć. Ale bez tego nie można niczego osiągnąć w duchowym.
W naszym świecie widzimy, że człowiek ma pragnienia i potrzeby dotyczące jego samego, pochodzące z jego wewnętrznych potrzeb, oraz pragnienia, które człowiek otrzymuje z zewnątrz. To znaczy, sam z siebie – gdyby nie było wokół niego ludzi, którzy zaszczepili w nim te pragnienia – człowiek nigdy nie poczułby, że czegoś mu brakuje. I tylko otoczenie budzi w nim te pragnienia i potrzeby.
Na przykład człowiek, nawet jeśli nie ma nikogo wokół, sam pragnie jeść, pić, spać itd. Ale jeśli są wokół inni, pojawia się też pojęcie wstydu, czyli musi jeść i pić to, do czego zmuszają go inni. I szczególnie widoczne jest to na przykładzie ubrania: w domu człowiek chodzi w tym, co sam lubi, ale gdy pojawia się wśród ludzi, musi być ubrany tak, jak przyjęto w tym społeczeństwie, a nie inaczej, ponieważ wstyd zmusza go do dostosowania się do ogólnych norm.
Tak samo jest i w duchowym. Człowiek ma wewnętrzne dążenie do duchowego ze swojej własnej strony, czyli nawet gdy jest całkowicie sam i nie ma wokół nikogo, kto mógłby na niego wpłynąć i wzbudzić w nim jakieś pragnienia, to z wnętrza, z własnych impulsów, nagle budzi się w nim dążenie i pragnienie, by pracować dla Stwórcy. Ale wewnętrzne pragnienie, jakie ma w sobie, oczywiście nie jest jeszcze na tyle wielkie, by osiągnąć za jego pomocą duchowe cele, i należy je coraz bardziej powiększać. Dlatego mędrcy radzą postępować tak, jak i w naszym świecie, czyli wzmacniać, rozwijać to pragnienie za pomocą otoczenia, które zobowiązuje cię np. chodzić ubranym zgodnie z jego poglądami i gustem.
I gdy człowiek dołącza do ludzi, którzy – jak widzi – również mają dążenie do duchowego, wtedy to pragnienie, które posiadają otaczający go ludzie, rodzi i wzmacnia także jego własne dążenie do duchowości. I wtedy pragnienie człowieka do duchowości staje się wystarczająco silne. To znaczy, poza tym pragnieniem, które ma sam, człowiek otrzymuje także te pragnienia duchowe, które otoczenie wzbudza w nim, i wtedy jego pragnienie osiąga taką siłę, która pomaga mu osiągnąć cel.
I na tym polega istota pojęcia „miłość do przyjaciół”, że każdy z grupy, oprócz tego pragnienia, które ma sam, nabywa również pragnienia od wszystkich przyjaciół. I tej wielkiej wartości nie można nabyć inaczej, jak tylko dzięki miłości do przyjaciół. Ale trzeba bardzo uważać, aby nie trafić do grupy ludzi, którzy nie mają woli badać samych siebie, istoty swojej pracy – czy opiera się ona na altruizmie, czy na egoizmie, na pragnieniu oddawać czy otrzymywać – i nie chcą widzieć, czy ich działania prowadzą drogą prawdy, czyli drogą czystego altruizmu. Ponieważ tylko taka grupa jest zdolna uczynić pragnienia przyjaciół altruistycznymi.
To znaczy, że każdy otrzymuje od przyjaciół poczucie potrzeby, braku, czyli odczuwa, jak bardzo brakuje mu siły oddawania. Czyli, jeśli człowiek wszędzie, gdzie przebywa, we wszystkim, co robi, chciwie szuka każdej okazji, która mogłaby dodać mu siły altruizmu, to gdy trafia do takiej grupy, gdzie wszyscy pragną siły oddawania i gdzie wszyscy otrzymują tę siłę od siebie nawzajem – to właśnie nazywa się, że otrzymuje siły z zewnątrz, z otoczenia, oprócz tych niewielu sił, które miał początkowo sam.
I przeciwnie – istnieją wokół również takie siły, od których nie wolno przyjmować żadnej pomocy, mimo że pomoc od tych zewnętrznych sił mogłaby pozornie pomóc mu w pracy. I trzeba bardzo uważać, aby nie ulec takim siłom. Tu potrzebne są szczególne starania i ostrożność również dlatego, że ciało w ogóle bardzo łatwo ulega wpływowi otaczających ludzi.
Dzieje się tak z człowiekiem, gdy słyszy, jak mówi się o nim, na przykład, że ma wyjątkowe zdolności, że jest znawcą nauki, że ma silną bojaźń przed grzechem, że jest człowiekiem gorliwie szukającym prawdy. I kiedy człowiek słyszy takie słowa, to chociaż te rozmowy dają mu siłę do pracy, zaczyna otrzymywać szacunek, uznanie itd., jako zapłatę za swoją pracę. I wtedy nie potrzebuje już, by Stwórca pomagał mu czerpać siły do pracy tylko z wiary ponad wiedzę i z oddawania. Przeciwnie, siły do pracy czerpie wówczas ze swojego otoczenia. Czyli to otoczenie zmusza go do zajmowania się Torą i wykonywania przykazań, a nie Stwórca.
I na tym polega waga pojęcia „skromność”, gdzie jedną z przyczyn jest to, by nie „karmić” egoizmu otaczających, i dlatego człowiek powinien działać skromnie i niezależnie, jak powiedziano: „I chodź ze skromnością ze swoim Bogiem, Stwórcą” (Prorocy, Micheasz 6:5). Ponieważ otoczenie, obcy ludzie, „karmią” swój egoizm kosztem jego pracy, bo po tym, jak człowiek słyszy, że go chwalą, zaczyna uczyć się dla swojego otoczenia, a nie w imię Stwórcy; ponieważ nie potrzebuje już, by Stwórca przybliżył go do swojej pracy – teraz wykonuje ją po to, by otoczenie oddawało mu cześć itd., by za to wynagrodzenie uczył się i pracował dla nich, czyli to oni, a nie Stwórca, zobowiązują go do pracy.
Widzimy, że jest to podobne do sytuacji, jakby pracował „dla obcych bogów”. To oznacza, że to oni zmuszają go do pracy dla nich – do zajmowania się Torą i wypełniania przykazań wyłącznie za te zaszczyty, szacunek itd., które mu oddają. To znaczy, że w przypadkach, gdy nie wiedzą o jego pracy, a on sam nie widzi nikogo, kto obserwowałby jego naukę Tory, to nie ma nikogo ani niczego, co by go do tej pracy zobowiązywało. I to nazywa się „wzmacnianiem egoizmu otoczenia”, dlatego człowiek powinien pracować skromnie i niezależnie.
Jednak sama skromność w działaniu nie wystarcza i choć teraz tylko Stwórca zobowiązuje go do duchowej pracy, to musi być jeszcze spełniony jeden warunek: człowiek powinien pracować nie w imię otrzymania nagrody. A to już zupełnie inna praca, ponieważ całkowicie sprzeczna z naszą naturą, ponieważ człowiek z natury stworzony jest wyłącznie z pragnieniem otrzymywania, a tu ma pracować wyłącznie dla oddawania i nic nie otrzymywać dla samonasłodzenia. Dlatego też trzeba znaleźć grupę, w której każdy jest przekonany, że należy pracować całkowicie altruistycznie.
Czyli, ponieważ ta siła, siła oddawania, jest u człowieka bardzo mała, powinien on znaleźć ludzi, którzy również potrzebują takich sił.I kiedy połączą się razem, każdy z nich będzie mógł otrzymać siły od przyjaciół, ponieważ bardzo ich potrzebuje. I wtedy Stwórca pośle nam pomoc, byśmy mogli iść drogą oddawania.