„Ibur”, „jenika” i „mochin” – to trzy stopnie duchowego rozwoju. Po tym, jak człowiek zasłużył na wejście w duchowe, zaczyna je pojmować: nefesz – w ibur, ruach – w jenika i neszama – w mochin. Ale to odbywa się również na etapie przygotowawczym duchowej pracy, jeszcze zanim zasłużył na stałe przebywanie w świecie duchowym.
Ibur (poczęcie, zarodek) – tak nazywa się stadium, gdy człowiek na jakiś czas anuluje swoje „ja” i mówi: „Teraz nie chcę myśleć o niczym, co związane z osobistą korzyścią, nie chcę korzystać ze swojego rozumu, chociaż on jest dla mnie najważniejszy, bo nie potrafię robić niczego, czego nie rozumiem, czyli mogę coś robić, ale muszę zrozumieć, na ile to się opłaca”. A jednak mówi: „Potrafię czasem powiedzieć, że na ten moment przyjmuję na siebie obowiązek nie korzystania ze swojego rozumu, lecz wiary ponad rozumem, wiary mędrców, że istnieje Sterujący i każdy znajduje się pod Jego osobistym nadzorem. Ale dlaczego mam w to wierzyć, a nie odczuwać, że tak jest? Przecież rozum mówi, że gdybym odczuwał istnienie Stwórcy, to oczywiście mógłbym pracować dla Stwórcy i dążyłbym do służby Jemu. Po co więc to ukrycie w takim razie?”
„Co zyskuje Stwórca, ukrywając się przed stworzeniem?” I on nie szuka wyjaśnień i na to pytanie odpowiada ponad rozumem, mówiąc: „Gdyby Stwórca wiedział, że stworzeniom byłoby lepiej bez ukrycia, to oczywiście nie uczyniłby go”. Wynika z tego, że na wszystkie pytania, które pojawiają się w jego umyśle, odpowiada, że idzie ponad rozumem, zamykając oczy, tylko wierząc.
Baal Sulam powiedział, komentując jeden z tekstów Psalmów (68:32): „Kusz pobiegnie z darami w swoich rękach do Stwórcy”: „Jeśli człowiek może powiedzieć «kusz» – od słowa kuszija (pytanie), czyli że jego pytania same w sobie są wyjaśnieniem, to znaczy, że nie potrzebuje wyjaśnienia, lecz w samym pytaniu zawarta jest odpowiedź, czyli mówi: «Teraz, kiedy mam trudne pytanie, mogę iść ponad rozumem»”. Wtedy: „jego ręce do Stwórcy”. „Jego ręce”, czyli jego pragnienia otrzymywania – do Stwórcy, i wtedy człowiek jest w pełnej zgodzie ze Stwórcą.
Dlatego początek wejścia w duchowe podobne jest do poczęcia, czyli anulując swoją istotę, poczyna się w „łonie matki”, jak napisano: „Słuchaj, synu mój, napomnienia ojca swego i nie zapominaj nauki matki swojej”. Jak powiedziano: „Bo matką nazywana jest Bina”. To znaczy, anuluje miłość własną, nazywaną Malchut, pragnienie egoistyczne, i wchodzi w pragnienie altruistyczne, nazywane właściwością Biny, „matka”.
Człowiek powinien wierzyć, że przed narodzinami, to znaczy zanim dusza zeszła do ciała, była złączona ze Stwórcą. I teraz stara się znów powrócić i zjednoczyć się z Nim w jedno. Chociaż serce podpowiada mu, że tylko teraz zgadza się na anulowanie swojego „ja”, ale potem tego pożałuje. I na to powiedziano: „Nie troszcz się o dzień jutrzejszy”. A „jutro” nie oznacza dnia po „dzisiaj”, lecz „dzisiaj” i „jutro” mogą oznaczać teraźniejszość i przyszłość, a różnica między nimi może wynosić godzinę. Mędrcy powiedzieli (traktat Sota, 48): „Jeśli człowiek martwi się o wyżywienie na jutro, mimo że dziś ma jedzenie – to z powodu braku wiary”.
I należy wyjaśnić powiedziane: „jeśli jest jedzenie dzisiaj”. To oznacza, że teraz gotów jest przyjąć na siebie wiarę ponad rozumem, ale tylko myśli, co będzie później. To znaczy, że jest już w nim wspomnienie stanów, kiedy myślał, że pozostanie w podniosłym stanie na zawsze. Ale zaraz potem znów spadał w dół, do „miejsca odpadków”, gdzie wyrzuca się wszystkie śmieci. To znaczy, że w czasie wzniesienia myślał, że cały egoizm to tylko śmieci, które warto wyrzucić do latryny, to znaczy czuł bezwartościowość pragnienia otrzymywania. A teraz sam zszedł do tego miejsca, żeby się tam pożywiać, jak koty grzebiące w śmieciach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, żeby przeżyć. I on w czasie upadku podobny jest do kotów, a nie do wybrednych ludzi, którzy zawsze wybierają, co warto jeść, a czego nie. I to jest to, co wypowiadamy (w modlitwie „Halel”): „Podnoszący z prochu ubogiego i wywyższający z odpadków nędzarza”.
Kiedy człowiek może anulować swoje „ja” na jakiś czas, mówiąc: „Chcę anulować siebie samego dla duchowego” – nie znajduje się wtedy w egoistycznych myślach. I chce teraz sprawić radość Stwórcy, wierząc ponad rozumem, i mimo że nic nie odczuwa, to wierzy, że Stwórca „słyszy modlitwę wychodzącą z ust każdego” i że przed Nim wielki i mały są równi, i tak jak może uratować największego, tak samo może pomóc najmniejszemu. I to nazywa się właściwością poczęcia (ibur), to znaczy przechodzi (ower) od niezależności do władzy Stwórcy. Ale to tylko chwilowo, ponieważ naprawdę chce na zawsze anulować swoje „ja”, lecz nie może uwierzyć, że właśnie teraz to się wydarzy na zawsze. Przecież już wiele razy tak było, że myślał, iż to się stanie. Ale potem nisko upadał ze swojego poziomu do „miejsca odpadków”. A jednak nie powinien martwić się o to, „co będzie jadł jutro”, czyli że oczywiście potem znów spadnie ze swojego poziomu, i wszystko to z powodu braku wiary.
Ale póki co wierzy, że „zbawienie Stwórcy przychodzi w mgnieniu oka”. I ponieważ chciał na jakiś czas anulować swoje „ja” i pragnął pozostać w tym stanie na zawsze – oznacza to, że znajduje się w procesie poczęcia. Ale w rzeczywistości człowiek powinien wierzyć, że jego pragnienie wejścia w świat duchowy i anulowania swojej istoty to wezwanie z góry, a nie świadoma decyzja samego człowieka. I dowodem jest to, że za każdym razem, gdy chciał coś zrobić dla oddawania, wszystkie sprzeczności, a było ich wiele, pojawiały się na nowo, a jego ciało sprzeciwiało się i nie mogło zrozumieć, czy w ogóle istnieje na świecie człowiek, zdolny anulować swoje „ja” przed Stwórcą i nie troszczyć się o własną korzyść. I zawsze wmawiało mu strach przed próbami anulowania siebie przed Stwórcą. A teraz widzi, że wszystkie sprzeczności, wszystkie myśli i wątpliwości zostały całkowicie spalone. I odczuwa ogromne nasłodzenie, jeśli może anulować siebie przed Stwórcą.
Czyż nie widzi teraz, że cała jego wiedza nic nie znaczy, choć wcześniej sądził, że nie ma na świecie nikogo, kto byłby w stanie przekonać go do anulowania swojego ego, mówiąc, że to trudna praca i nie każdy jest zdolny ją wykonać? A teraz widzi, że nic nie przeszkadza mu się anulować i połączyć ze Stwórcą. Ale to dlatego, że otrzymał trochę światła z góry i wszystkie przeszkody się przed nim cofnęły, czyli ci, którzy wcześniej przychodzili z „pretensjami zwiadowców”, zniknęli z pola widzenia. Jak napisano (Tehilim 103:16): „Wiatr porwał go – i nie ma go, i nie wiadomo, gdzie jest jego miejsce”. „Wiatr porwał go…” – kiedy człowiek otrzymuje natchnienie z góry, wszystko, co mu przeszkadza, znika, a nawet „miejsce ich nie jest znane”. W czasie duchowego wzniesienia, które otrzymał z góry, nie potrafi nawet pojąć, jak w nim samym mogło być miejsce dla grzeszników, wpływających na niego swoimi pretensjami.
Wynika z tego, że poronienie podczas ciąży następuje, jeśli niemowlę urodzi się przed upływem czasu potrzebnego do narodzin. Tak też w naszym świecie, jeśli w okresie wewnątrzmacicznym występują jakieś zakłócenia, prowadzi to do poronienia, kiedy niemowlę wychodzi na zewnątrz przedwcześnie, nie może przeżyć i umiera. I w duchowym, jeśli istnieje jakaś słabość, człowiek wychodzi ze stanu wewnątrzmacicznego do przestrzeni „tego świata”, i wszystkie myśli tego świata spadają na niego, i wszystkie pragnienia tego świata go ścigają, i to nazywa się, że „zarodek martwy”.
W dziewiątej części „Talmudu dziesięciu sfirot” (p. 83) napisano tak: „Matka musi posiadać właściwość «drzwi», aby zamykając je, zatrzymać niemowlę wewnątrz, aby nie wyszło na zewnątrz, zanim się ostatecznie nie uformuje. I jeszcze musi być w niej siła formująca niemowlę”.
Baal Sulam wyjaśnia, że w procesie poczęcia działają dwie siły.
1. Siła formująca. Forma niemowlęcia – to katnut (mały stan), dla którego osiągnięcia również istnieje porządek. Jest on etapem przygotowawczym do wielkiego stanu (gadlut). Jeśli nie ma poziomu katnut, to nie będzie i gadlut. I cały czas, dopóki jest w katnut, oznacza to, że jeszcze nie osiągnął doskonałości. A w każdym miejscu, gdzie brakuje duchowego, znajduje się nieczysta egoistyczna siła, zdolna zniszczyć zarodek, by nie mógł otrzymać pełni, doskonałości. I to popycha go do modlitwy, czyli że rodzi się przed końcem wewnątrzmacicznego okresu.
2. Siła powstrzymująca. W stadium poczęcia istnieje dwadzieścia pięć parcufim, to znaczy NaRaNHaJ – pięć stopni, z których każdy również zawiera NaRaNHaJ. Dlatego musi istnieć siła powstrzymująca, aby był on doskonały nawet w małym stanie. I to otrzymuje od matki, czyli choć niemowlę samo nie posiada właściwych pragnień, aby otrzymać wielki stan (gadlut) dla oddawania, to jednak poprzez anulowanie siebie wewnątrz matki może otrzymać pragnienia gadlut z pragnień matki, co nazywa się „zarodek w ciele matki żywi się tym, czym żywi się matka”. Ale sam nie ma wyboru, czyli je tylko ten pokarm, o którym matka wie, że można go spożywać. To znaczy, anulował swój osobisty wybór, który daje możliwość decydowania, co dobre, a co złe. Wszystko jest dzięki matce, co nazywa się „w ciele matki”, i to oznacza, że nie ma własnego imienia.
W „Talmudzie dziesięciu sfirot” (Baal Sulama) mówi się o wyższych światłach. Ale to samo ma miejsce również podczas przygotowania, gdy człowiek dopiero pragnie wejść do duchowego świata – wszystko dzieje się według tych samych zasad. Ponieważ tak jak i na wyższych stopniach istnieje wiele właściwości, i narodziny nie następują od razu, ale mówi się, że istnieje tam dziewięć miesięcy ciąży, dopóki nie zostanie osiągniętych dwadzieścia pięć parcufim; tak i na etapie przygotowawczym istnieje wiele przemian właściwości, dopóki w czasie przygotowania człowiek całkowicie nie osiągnie właściwości ibur. Dlatego występuje także wiele wzlotów i upadków. I czasem rozwój wewnątrzmaciczny przebiega niewłaściwie, co nazywa się „poronieniem”, i konieczne jest rozpoczęcie pracy od nowa.
A teraz wyjaśnijmy, co oznacza siła formująca, która ma miejsce podczas przygotowania. „Zarodek” to forma małego stanu, charakteryzującego się pragnieniami oddawania. To znaczy, kiedy człowiek zajmuje się Torą i przykazaniami, może w myśli nastawić się, że wszystko robi z zamiarem dla oddawania. Innymi słowy, że właśnie teraz zajmuje się Torą i przykazaniami, ponieważ wierzy w Stwórcę i w Jego wielkość. I postanawia dla siebie, że od dzisiaj i dalej cała jego radość będzie polegać jedynie na tym, że ma pragnienie służyć Królowi. I to przyrównuje do tego, jakby zarobił ogromne bogactwa. I cały świat patrzy na niego, zazdroszcząc mu, że zasłużył na wzniesienie się na najwyższy poziom, którego nikt inny nie osiągnął. Dlatego jest wesoły i radosny, i nie odczuwa na świecie niczego złego, lecz widzi tylko dobro. A całe jego nasłodzenie i duma w tym, że oddaje, że chce dawać Stwórcy. I cały dzień spędza z jedną myślą: „Co zrobić, jaki uczynić czyn, aby tym sprawić radość Stwórcy”.
Z jednej strony mówimy, że człowiek powinien pracować nie dla nagrody, lecz tylko dla Stwórcy. A z drugiej strony mówimy, że człowiek powinien otrzymywać nasłodzenie i wyobrażać sobie, jak może otrzymać nasłodzenie. To znaczy, powinien w myśli wyobrażać sobie wielkość i znaczenie w oczach społeczeństwa szacunku dla wielkich ludzi i władców. A następnie powinien nauczyć się od prostych ludzi, jak oni czerpią radość z tego, że służą wielkim tego świata i wykorzystać to do wywyższania Stwórcy. I służąc Stwórcy, powinien odczuwać takie samo nasłodzenie, jak oni, gdy służą wielkim tego świata. Bo jeśli nie ma nasłodzenia z zajmowania się Torą i przykazaniami, to jest to oznaka, że nie ma u niego tego szacunku do Stwórcy, jakiego doznają ci, którzy odczuwają radość i nasłodzenie ze swojej służby wielkim tego świata.
I w chwili, gdy zwraca się do Stwórcy, powinien najpierw wyobrazić sobie: „Do Kogo się zwracam, z jakim szacunkiem i bojaźnią zwracam się do Niego, i On w tym czasie mnie słucha i patrzy na mnie”. Na przykład, kiedy człowiek je jakiś placek lub owoc, wiemy, że trzeba wierzyć, że Stwórca stworzył to wszystko, i my otrzymujemy nasłodzenie z tego, co On dla nas przygotował. I za to zwracamy się do Niego i składamy Mu podziękowanie, mówiąc: „Dziękujemy i wysławiamy Cię za to nasłodzenie i mówimy: «Błogosławiony jesteś, Stwórco, Stwarzający owoc drzewa»”.
I człowiek powinien sprawdzić siebie: gdy zwracał się do Stwórcy, na ile w tym odczuwał bojaźń i szacunek, i co poczuł po tym, jakie wrażenie i uniesienie pozostawiło w nim to zwrócenie się do Stwórcy. Jeśli naprawdę wierzy, że mówił z Królem, to gdzie pełnia uczuć i radości, jak napisano: „Jeśli Ojcem Ja – gdzie szanujący Mnie? A jeśli Panem Ja – gdzie bojący się Mnie?”.
I jeśli rozważyć to szczegółowo, trzeba rozróżnić w tym działaniu dwie cechy:
1. Człowiek czerpie nasłodzenie z owocu, który spożywa, i to nasłodzenie odnosi się do zwierzęcego pragnienia otrzymywania. Bo zwierzęta także otrzymują nasłodzenie z jedzenia i picia. I nie trzeba być człowiekiem, żeby odczuwać takie nasłodzenie i dlatego nazywa się to „zwierzęce nasłodzenie”.
2. Ale w błogosławieństwie i podziękowaniu złożonym Stwórcy za to nasłodzenie należy rozróżnić ich szczególną właściwość. Wynika z tego, że druga cecha tego działania odnosi się właśnie do człowieka i nie ma miejsca u zwierząt. A tutaj istnieje wiele cech szczególnych, ponieważ działanie to dotyczy człowieka, a człowiek posiada wiele stanów.
Na przykład, należy rozróżniać siłę wiary człowieka – na ile wierzy w to, że wszystkie nasłodzenia pochodzą od Stwórcy. A już w tym należy rozróżnić: na ile wierzy, gdy zwraca się do Stwórcy, że mówi właśnie do Niego. Według siły wiary w wielkość i znaczenie Stwórcy ludzie, rzecz jasna, różnią się między sobą. I tak samo, zgodnie ze stanem, w jakim człowiek się aktualnie znajduje, istnieją różnice. Bo człowiek jest „w ruchu” i może znajdować się w stanach wzniesień i upadków. Dlatego w jednym i tym samym człowieku rozróżnia się wiele stanów.
Stąd wynika, że w pragnieniu otrzymywania nasłodzenia, które odnosi się do zwierzęcej natury, nie można wyróżnić nic szczególnego, bo to zwykłe nasłodzenie. Ale w nasłodzeniu właściwym człowiekowi istnieje ogromna liczba cech szczególnych.
Wynika z tego, że w pragnieniu otrzymywania nasłodzenia, które jest właściwe człowiekowi, podstawa tego nasłodzenia nie należy do egoistycznego otrzymywania, lecz jest właściwa właściwości oddawania, będąc zbudowaną na właściwościach Stwórcy. To znaczy, cała siła napędowa, z której czerpie pragnienie „pracowania”, zależy od wielkości Stwórcy, a nie od nasłodzenia człowieka samym owocem. Wyjaśnia się to tym, że siła nasłodzenia człowieka zależy od tego, jak bardzo wywyższa on Stwórcę, a nie od tego – jaką wartość przypisuje owocowi. I to nazywa się „nasłodzeniem, które nie przychodzi bezpośrednio do człowieka”, ponieważ jego pragnienie jest skierowane na oddawanie Stwórcy. I zgodnie z tym wyobraża sobie wielkość Króla i z tego powodu odczuwa radość z tego, że sprawia Mu przyjemność, i przez to otrzymuje z tego nasłodzenie.
Wynika z tego, że otrzymywanie nasłodzenia jest dopuszczalne tylko w taki sposób. Ponieważ nie zamierza nasłodzić się sam w chwili, gdy służy Królowi, lecz wielkość Króla zobowiązuje go do służby. Wynika z tego, że całe jego dążenie to sprawić nasłodzenie Królowi, by Król był radosny. I w ten sposób człowiek sam także się nasładza. Takie nasłodzenie jest dozwolone, ponieważ nie ma w nim, jak w egoistycznym nasłodzeniu, ograniczenia zwanego „wstydem otrzymywania”, ponieważ jego nasłodzenie pochodzi z oddawania, a nie z tego, że bezpośrednio otrzymał od Króla i zaspokoił się tym, to nazywa się, że nasłodzenie pochodzi bezpośrednio od Dającego i nazywa się także „światłem Hochma”, przychodzącym wprost do otrzymującego, czyli otrzymujący nasładza się z przyjętego. I to wymaga naprawy, zwanej „zamiarem dla oddawania”.
Ale jeśli jego nasłodzenie pochodzi z oddawania Stwórcy, z tego, że Mu służy, to nazywa się pośrednim otrzymywaniem, ponieważ chce sprawić radość Królowi i nie oczekuje przyjemności i nasłodzenia dla siebie. I o tym powiedziano: „Służcie Stwórcy w radości”, czyli radość przychodzi do człowieka z tego, że służy Stwórcy. Ale jeśli pracuje bez radości, to z powodu braku wiary w wielkość i znaczenie Stwórcy, bo inaczej koniecznie by się cieszył i był w stanie uniesienia bez żadnego przygotowania do tego. To znaczy, człowiek nie powinien troszczyć się o to, by mieć radość z pracy, lecz powinien troszczyć się o przygotowanie siebie, by wiedzieć dla Kogo pracuje, jak bardzo On jest ważny. I wtedy pojawi się radość jako skutek tego. Należy powiedzieć sobie, że jeśli nie ma radości w pracy to znak, że jeszcze nie ma odczucia wielkości Stwórcy. I wtedy powinien pracować nad swoją wiarą w wielkość Stwórcy. To oznacza, że nie powinien pracować nad tym, by mieć radość z tego, że pracuje dla Stwórcy, lecz powinien wkładać wysiłek: jak osiągnąć zrozumienie wielkości i ważności Stwórcy. To znaczy, wszystko co robi: uczy się, wykonuje przykazania – wszystko to z celem, by zasłużyć na pojmowanie wielkości i znaczenia Stwórcy. I w miarę, w jakiej nabywa odczucie wielkości Stwórcy, będzie mógł naturalnie anulować siebie wobec Niego i pojawi się u niego pragnienie i dążenie, by Mu służyć.
Wszystko, o czym mówiliśmy dotychczas, nazywa się zarodzeniem, ponieważ człowiek powinien wierzyć, że wszystko pochodzi od Stwórcy, że to właśnie On dał mu teraz myśl i pragnienie anulowania siebie wobec Niego. A jednocześnie powinien spojrzeć na siebie z boku – jak reaguje na takie „przebudzenie”, i wtedy oczywiście znajdzie w sobie braki do naprawienia. Ale gdy widzi, czego tam brakuje, to nie może być w radości, ponieważ każdy brak rodzi cierpienie. Do tego niedobrze jest zbyt mocno odczuwać braki, zgodnie z zasadą: „W miejscu, gdzie brakuje oczyszczenia, obecna jest nieczystość”, i może spaść z poziomu i osłabnąć w pracy. Dlatego powinien człowiek widzieć siebie jako doskonałego, czyli że nie ma w nim żadnego braku. I dlatego widzi siebie jako szczęśliwego w tym życiu i czerpie przyjemność z tego, że jest jeszcze bardzo wielu podobnych mu ludzi, którzy nie nasładzają się życiem tak, jak on. I gdyby oni mogli poczuć to jego nasłodzenie, to jak bardzo by mu zazdrościli!
Powiedzmy, na przykład, że są ludzie siedzący w więzieniu, z których żadnemu nie pozwala się wyjść poza mury więzienia, aby zaczerpnąć powietrza na zewnątrz. A jeden człowiek spodobał się naczelnikowi więzienia, ale nikt o tym nie wie, i pozwala mu on przez jedną godzinę dziennie wychodzić na wolność. I wtedy udaje się on obejrzeć swój dom. Ale potem znów wraca w miejsce uwięzienia. I jakże szczęśliwy jest ten człowiek: po pierwsze – obejrzał swój dom, po drugie – gdy patrzy na innych więźniów siedzących w więzieniu, którym nie dana jest ta wolność, to jak wielkie nasłodzenie i przyjemność z tego otrzymuje. Czyli oprócz tego, że ma on własne nasłodzenie, otrzymuje jeszcze nasłodzenie z tego, co jest poza nim – z tego, że widzi, że ma to, czego nie mają inni. To znaczy, to nasłodzenie przychodzi z zewnątrz, z tego, że obserwuje otaczającą go rzeczywistość i widzi, jak inni cierpią i jak ciężko im, że nie otrzymują wolności, którą on ma i którą się nasładza.
Zgodnie z powyższym wynika:
- Człowiek otrzymuje przyjemność z tego, że sam się nasładza;
- Otrzymuje przyjemność z tego, że inni nie mają tego, co on ma. To nazywa się, że otrzymuje nasłodzenie z zewnątrz.
A zatem, skoro znajdujemy się w więzieniu – podobnie jak mówimy w modlitwie na Jom Kipur: „Ludzie siedzący w ciemności, w cieniu śmierci, doświadczający cierpienia, zostają uwolnieni z ciemności i strachu śmierci”. I za nasze grzechy Stwórca oddał nas w „uwięzienie”, gdzie znajdują się wszyscy więźniowie, którzy zgrzeszyli wobec Króla, nie widząc żadnego światła i skazani są na dożywocie. I są odcięci od ojców, zwanych „praojcami świata”, jak powiedzieli mędrcy: „Kiedy moje czyny osiągną czyny moich ojców?”. Czyli tam, gdzie jest związek z „ojcami”, gdy zna dobre czyny „ojców”, to można powiedzieć, że prosi: „Kiedy moje czyny zrównają się z czynami «ojców»?!”. Czyli że i jemu również dana będzie możliwość czynić dobre uczynki jak „ojcowie”. Ale za grzechy, jak powiedziano: „I za nasze przewinienia zostaliśmy wygnani z naszej ziemi”, zostaliśmy oddani w miejsce uwięzienia, i nie mamy żadnego związku ze Stwórcą, abyśmy mogli powiedzieć, że pragniemy czynić działania, dzięki którym będziemy mogli połączyć się ze Stwórcą.
Wynika z tego, że ludzie skazani na dożywotnie uwięzienie nie widzą światła przez całe swoje życie, godzą się ze stanem, w jakim się znajdują, i przyzwyczajają się do nasładzania tylko tym, co daje im naczelnik więzienia. I ten nawyk prowadzi do tego, że serce zapomina o tym, że kiedyś było życie poza więzieniem, że tam cieszyli się życiem, które wybrali sami, i nie musieli otrzymywać pożywienia na warunkach więziennych. Ale wszystko to jest teraz zapomniane.
Wynika z tego, że człowiek powinien cieszyć się, że naczelnik więzienia go lubi i dlatego daje mu każdego dnia trochę wolności, by mógł wyjść z miejsca uwięzienia i nasłodzić się tym, czym nasładzają się ludzie wolni. I jakby był teraz, jak człowiek, który nigdy nie zgrzeszył wobec Króla, i idzie do domu i rozmawia ze swoją rodziną, z ukochanymi i bliskimi. Ale potem znów musi wrócić do więzienia. I tak każdego dnia.
Gdy przychodzą do człowieka pragnienie i myśl, by pójść do beit kneset i trochę się pouczyć i pomodlić, powinien on poczuć choć trochę, że istnieje życie duchowe i że ostatecznie wierzy w to. Ta wiara nazywa się: „Niewielkie odczucie duchowego, otrzymywane małym świeceniem z oddali”. Jest on jeszcze daleki od podobieństwa właściwości ze Stwórcą, i dlatego zgrzeszył, używając swojego egoizmu, zwanego „przeciwieństwo właściwości”, i sąd zadecydował o dożywotnim uwięzieniu. „Więzienie” – bo nie ma tam życia duchowego, i jest to miejsce dla przestępców, którzy zgrzeszyli wobec Króla. Ale spodobał się naczelnikowi więzienia, i dlatego daje mu myśl i pragnienie, by nasłodził się „życiem ludzi wolnych” – właściwością, zwaną „człowiek”; jak napisano: „Wy nazywani jesteście ludźmi, a nie narody świata nazywane są ludźmi”, ponieważ nasładzacie się pożywieniem ludzi, zwanym „życie duchowe”, gdyż jesteście związani z Królem, wyniesionym ponad wszystkich królów, czyli czujecie, że zwracacie się do Króla.
A kiedy człowiek wyobraża sobie, że spodobał się naczelnikowi więzienia, i ten daje mu na jakiś czas wolność, to choć wie, że znów spadnie w niskie stanie i będzie zmuszony wrócić do więzienia, mimo to, nawet gdy znajduje się w więzieniu, jest radosny, bo pamięta z przeszłości, że bywają wzloty i upadki. Dlatego nawet kiedy wraca do uwięzienia, wie jednak, że czasami znajduje łaskę w oczach naczelnika więzienia; i kiedy ten da mu choć trochę wolności, w tym krótkim czasie będzie mógł zobaczyć swoich bliskich i próbować uzyskać u nich pomoc, by uwolnili go całkowicie.
To znaczy, że nawet w stanie niskim czasem przychodzą mu myśli, że już się przyzwyczaił, kiedy wyciągają go z pragnień grzeszników pogrążonych w swoim egoizmie. I potem, kiedy otrzymuje wezwanie z góry, w co wierzy, to myśli i pragnienia jego niskiego stanu wywołują w nim poczucie, że nie ma żadnej możliwości wyjścia kiedykolwiek z egoizmu, bo widzi opór swojego ciała. I za każdym razem ten opór obłacza się w inne formy, tak że jedno oskarżenie nie przypomina drugiego. Ale jedno mają wspólne – wszystkie dają mu zrozumieć, że bardzo trudno, niemal niemożliwe jest dla człowieka w tym świecie się z nich wyzwolić. Ale mimo to widzi, że gdy przychodzi do niego pomoc z góry, zapomina wszystkie ich pretensje, jakby nigdy nie istniały na świecie, i chce teraz tylko jednego: anulować siebie wobec Stwórcy, i właśnie teraz odczuwa w tym nasłodzenie.
I dlatego, jeśli człowiek choć trochę odczuwa duchowe, może cieszyć się i być pewny z dwóch powodów:
- dlatego, że wyszedł na wolność i nasładza się tym, że wyszedł z więzienia;
- i dlatego, że nasładza się, widząc, że wszyscy znajdują się w więzieniu; i patrzy na nich z litością, i czasem chce poprosić o ich ułaskawienie, by Stwórca dał im pozwolenie wyjść z uwięzienia.
I z powyższego zrozumiemy, że w czasie zarodzenia, kiedy znajduje się tylko w stanie małym i z trudem potrafi wykonywać Torę i przykazania choćby z jakimś zamiarem, powinien wierzyć, że istnieje w tym najwyższa ważność, w tym, że Stwórca dał mu możliwość wyjścia z ogólnej masy ludzi na świecie, którzy nie mają żadnego związku z duchowym, i całe ich dążenie skierowane jest tylko na zwierzęce nasłodzenia, i tym, czym żyją i żywią się zwierzęta, zadowalają się i oni.
A ich stosunek do duchowego polega na tym, że są dumni z tego, iż nie są tacy głupi jak wierzący, którzy mówią, że życie duchowe istnieje, lecz wiedzą jasno i niezachwianie, że prawda jest po ich stronie i mówią sobie: „Jesteśmy najmądrzejsi w pokoleniu, ponieważ nie wierzymy w duchowe, a celem całego naszego życia jest tylko materialne”. I wiedzą na sto procent, że w świecie nie ma nic duchowego, wierzą w to tak mocno, że chcą wpływać na wierzących, by i oni wiedzieli, że jasność umysłu przejawia się w uświadomieniu sobie, że nie ma duchowego, a jest tylko materialne, dokładnie tak jak u wszystkich zwierząt. A są jeszcze więksi „mądrale”, którzy doszli do wniosku, że skoro nie ma innego życia na świecie poza zwierzęcym, to dlatego zakazane jest spożywanie żywych istot, ponieważ ludzkość nie ma wyższego celu niż całe życie zwierzęce. A jeśli tak, to dlaczego je zjadamy, przecież jesteśmy na jednym poziomie i mamy ten sam cel.
Stąd wynika, że z jednej strony człowiek powinien cenić myśl i pragnienie wykonywania prostych czynów bez zrozumienia i pojmowania ich, lecz robić wszystko ponad swoim rozumem. I wierzyć, że to pragnienie – choćby w najmniejszym stopniu wykonywać Torę i przykazania, również dał mu Stwórca, ponieważ On go sobie upodobał. I nie wie, czym był godniejszy od innych, których Stwórca zostawił pogrążonych w życiu materialnym, a jego wydobył z ogólnej masy ludzi, jak to było przytoczone wcześniej w przykładzie z więzieniem. I to powinno przynieść mu poczucie radości i doskonałości. A ponieważ czuje doskonałość, to może tym bardziej wyrazić wdzięczność Stwórcy. I jak powiedział Baal Sulam: „W miarę wdzięczności człowieka wobec Stwórcy za to, że nieco go przybliżył – w tej mierze natychmiast otrzymuje pomoc z góry”.
I to można wyjaśnić tak: jeśli człowiek rozumie, że należy dziękować Stwórcy nie dlatego, że Stwórca potrzebuje podziękowań, jak zwykły człowiek, do tego stopnia, że on najpierw rozważa: „Jaką miarę wdzięczności powinienem Mu okazać?”. Ponieważ istnieje zasada: „Na ile się ceni otrzymane – na tyle się za to dziękuje”. Na przykład, jeśli człowiek pomógł komuś, kto nie miał pracy, by się utrzymać, i ten bardzo się starał i znalazł mu miejsce pracy, to oczywiście wdzięczność tego człowieka jest wielka. Ale powiedzmy, że człowiek popełnił jakieś przestępstwo wobec państwa, i sędzia skazał go na dwadzieścia lat więzienia, i jest on zmuszony zostawić swoją rodzinę, córki i synów, których trzeba wydać za mąż i ożenić. I właśnie niedawno kupił fabrykę, do której miał przyjąć setkę robotników, a na razie zatrudnił dopiero pięćdziesięciu. I oto, za wykroczenie, na którym przyłapało go państwo, ma teraz pójść do więzienia na dwadzieścia lat. I niepokoi się, co będzie ze wszystkimi jego planami i całą rodziną, gdy zostanie odcięty od świata. I mówi wtedy w głębi serca: „Lepiej umrzeć niż tak żyć – być w więzieniu i o wszystko się martwić!”. A oto przyszedł do niego pewien człowiek i pomógł mu radami, dzięki którym wyszedł na wolność i został uniewinniony ze wszystkich zarzutów. Oczywiście zaczyna myśleć: jak mogę się odwdzięczyć temu człowiekowi, który uratował mi życie. I oczywiście ma tylko jedno zmartwienie: jak mógłby podejść do tego człowieka i otworzyć przed nim serce – jak bardzo jest mu wdzięczny i jak go wychwala, jak napisano: „Cała moja istota wyśpiewa pieśni i wychwalanie temu człowiekowi”.
Wynika z tego, że potrzeba odwdzięczenia się prowadzi go do tego, że zaczyna rozważać: „Jak wielkie jest to wybawienie, które od niego otrzymałem, by wiedzieć, jak go za to wynagrodzić”.
A więc od tego, jak człowiek dziękuje Stwórcy, zależy, jak ważne jest dla niego to, że wyciągnięto go na chwilę z „więzienia”, by „zaczerpnął trochę świeżego powietrza” ze świata duchowego.
Wynika z tego, że pozwolono człowiekowi upaść w taki stan, ponieważ nie doceniał zbliżenia do Stwórcy. A nieumiejętność docenienia doprowadziła go do utraty bliskości, jak powiedzieli mędrcy: „Kto jest głupcem? Ten, kto traci to, co mu dano”. Czyli że brak mu mądrości, by ocenić miarę zbliżenia do Tory i przykazań. To znaczy, że człowiek powinien wierzyć, iż nawet niewielka część w Torze i przykazaniach ma najwyższą wagę, mimo że jeszcze nie odczuwa jej ważności. Wynika z tego, że wierzy w to, czego nie może poczuć i pojąć. Wtedy powinien wierzyć w to, co powiedzieli nam kabaliści, wierzyć, „że właśnie tak jest”. Czyli wierzyć w to, co mówią nauczyciele, a nie w to, co my odczuwamy. Ponieważ nasze zmysły nie są jeszcze na tyle rozwinięte, by cały czas czuć, że wszystko zwrócone jest do Króla, że wszystko jest proste, gdy wiemy, że zwracamy się do Króla i że nie trzeba żadnego przygotowania, by odczuć ważność Króla. Bo to jest w naszej naturze i nie trzeba nad tym pracować.
Jaka więc jest przyczyna tego, że człowiek nie odczuwa bojaźni, gdy wypowiada słowa Tory, chociaż wierzy, że została dana przez Stwórcę? A przyczyna leży w tym, że nie ma jeszcze pełnej wiary, takiej, by była równa wyraźnemu zrozumieniu. Wciąż brakuje mu wiary. I powinien pracować nad nią, nad tym, jak zwraca się do wielkiego Stwórcy. A uczucie to coś, co przychodzi samo z siebie. Ono to tylko skutek czegoś nowego, co człowiek poczuł. Wynika z tego, że najważniejsza jest praca nad wiarą, aby uwierzył w wielkość Stwórcy.
I to jest to, co powiedziano w księdze Zohar, że człowiek powinien modlić się o „Szchinę znajdującą się na wygnaniu”. A my nie uświadamiamy sobie ważności Tego, do Kogo się modlimy i zwracamy się ze słowami wdzięczności. I nie zastanawiamy się nad tym, czy cenimy, czyje przykazania wykonujemy. I wszystko to nazywa się „Szchina na wygnaniu”. I dlatego nie czujemy smaku w wykonywaniu Tory i przykazań, ponieważ istnieje zasada: „Nieznaczący człowiek nie wzbudza poruszenia”.
Z tego, co powiedziano, wynika, że człowiek powinien pracować dla Stwórcy z radością. Czyli w jakimkolwiek stanie by się nie znajdował, nawet w swoim najniższym stanie, nie czując przy tym żadnego smaku w nauce Tory i przykazań – mimo to powinien wyobrazić sobie, że właśnie teraz wykonuje przykazanie, stawiając wiarę ponad wiedzę. Czyli że mimo iż ciało pokazuje mu jego niskie położenie – mimo to, może zebrać siły i powiedzieć: „To, że mogę wykonywać Torę i przykazania bez żadnego zamiaru – to już samo w sobie jest bardzo ważne”. W rzeczywistości wykonuje wszystko w działaniu, ale brakuje mu zamiaru. A gdyby miał także dobry zamiar, ciało byłoby zadowolone i czułby się jak doskonały człowiek. A teraz ciało jeszcze nie może nasładzać się Torą i przykazaniami. Jeśli tak, to czego tutaj brakuje? Tylko nasłodzenia ciała. A ponieważ człowiek chce pracować nie dla siebie, lecz w imię wyższego celu, to wynika z tego, że właśnie teraz, gdy ciało się nie nasładza, może najbardziej prawdziwie pracować dla oddawania. I jeśli wierzy ponad swoim rozumem, że tak właśnie jest, to takie przezwyciężenie nazywa się „przebudzeniem od dołu”. I po tym obowiązkowo otrzyma siły życia, bo teraz naprawdę złączył się ze Stwórcą i pragnie pracować dla Stwórcy bez otrzymywania czegokolwiek w zamian.
Ale jeśli nie może iść wiary ponad wiedzę, wtedy przychodzą do niego dwaj strażnicy i zamykają go w więzieniu razem ze wszystkimi, którzy zgrzeszyli wobec Króla. A ci dwaj strażnicy to rozum i serce. I wtedy zostaje skazany na określony czas, a potem wypuszcza się go na krótko na wolność i patrzy się – jak się zachowuje. I wszystko to powtarza się, aż nie zostanie ułaskawiony z góry i wypuszczony na wolność na zawsze.
Wynika z tego, że konieczne są dwa warunki:
- siła formująca, czyli stan mały (katnut);
- siła powstrzymująca, aby nie było poronienia, to znaczy aby nie został przerwany proces zarodzenia.
Siła formująca jest potrzebna, ponieważ istnieje zasada: „Nie ma światła bez kli”, czyli nie ma napełnienia bez braku. Dlatego jeśli nie ma stanu małego, to nigdy nie będzie i stanu wielkiego (gadlut). Ale potrzebne są siły, by znieść cierpienie, ponieważ boli go to, że nie odczuwa doskonałości. A wiadomo, że trudno znosić cierpienie. I gdy nie widzi końca tym cierpieniom, to ucieka z pola bitwy. Wynika stąd, że trzeba dać mu poczucie doskonałości, aby mógł się trzymać i nie uciekał z walki o istnienie. Ale nie można mu powiedzieć nieprawdy, by mógł sam się oszukiwać, mówiąc, że jest bez skazy, ponieważ: „Kłamca nie stanie przed Moimi oczami”.
Dlatego mówi się człowiekowi: „Widzisz, wszyscy siedzą w więzieniu i zapominają nawet, że mają rodziców i bliskich” – ludzi zajmujących się Torą i przykazaniami. I wszystko zostało przez nich zapomniane. I myślą, że na świecie nie ma innych ludzi poza tymi, którzy są uwięzieni. A naczelnik więzienia panuje nad nimi. Czyli są ukarani tym, że znajdują się pod władzą zła. A ci, którzy postępują wbrew ich rozumowi, uważani są przez nich za szaleńców, bo porzucają życie materialne w więzieniu, z jego przyjemnościami, i idą prosić o coś ponad wiedzę, czyli wierzą, że istnieje jeszcze większe nasłodzenie niż to, które pochodzi z życia materialnego.
I on dokonuje podsumowania i widzi, że zasłużył na wielki przywilej, że spodobał się Stwórcy. I Stwórca podniósł go na pewien czas ponad życie materialne i dał mu zaczerpnąć trochę „duchowego powietrza”. Jakże szczęśliwy powinien być w tym czasie, gdy patrzy na wszystkich z góry, porównując z sobą. I taki stan nazywa się „prawdziwą doskonałością”. Bo w codziennym życiu – jak bardzo cenimy chwilową wolność, ile radości przynosi człowiekowi to, że widzi, iż znalazł łaskę w oczach naczelnika więzienia, a wszyscy więźniowie tego nie dostąpili.
I to pomijając fakt, że ta doskonałość rzeczywiście jest prawdziwa, ale człowiek i tak musi włożyć wiele wysiłku, by to docenić. I konieczne jest podniesienie, wywyższenie poziomu ważności tej pracy, choćby przez to, że zacznie doceniać nawet najmniejszą możliwość służenia duchowemu, i wtedy zasłuży na wzrost odczucia ważności tej pracy. Aż powie człowiek: „Nie mam żadnej możliwości naprawdę ocenić ważności służby Królowi”. I to nazywa się „zarodzeniem”.
A nazywa się to zarodzeniem dlatego, że inicjatywa pochodzi od Wyższego. Ale na wstępnym etapie przygotowania, zanim człowiek zasłuży wejść do pałacu Króla (a przebywanie w nim nazywa się zarodzeniem, w wyniku którego zasługuje na światło NaRaNHaJ de-nefesz), występuje wiele wzniesień i upadków. Ale wszystko to odnosi się do właściwości zarodka, czyli wszystko pochodzi od Wyższego.
Wcielanie (skarmianie, jenika) – w etapie przygotowawczym nazywa się tym stanem, gdy człowiek sam się przebudza i pragnie otrzymać „pokarm” – przez nauczyciela i książki, gdy „żywi się” czymś duchowym, by ożywiać swoją duszę życiem duchowym.
I kiedy zajmuje się Torą i przykazaniami, stara się wydobyć z nich źródło światła Tory, a to przywraca go do tego źródła, jak powiedzieli mędrcy: „Stworzyłem zły początek, stworzyłem także Torę jako jego lekarstwo”. Ale by wydobyć światło Tory, potrzebna jest wiara, jak napisano w Przedmowie do Księgi Zohar. Ponieważ gdy wierzy w Stwórcę i w Jego Torę, to chce się z Nim połączyć. Ale człowiek widzi, że jest to niemożliwe z powodu zła w nim – pragnienia otrzymywania, właściwości, która oddziela go od Stwórcy. Dlatego jego wiara również jest niestała, jak pisał Baal Sulam: „Światło wiary nie może przebywać w człowieku stale, ponieważ człowiek nie przebywa stale w bojaźni, że może nie będzie miał tej możliwości – skierować swoich działań ku oddawaniu, lecz powstanie w nim pragnienie otrzymywania dla siebie, które jest przeciwieństwem właściwości Stwórcy”.
Wynika stąd, że wiara nie może być w nim stała, jeśli nie ma zjednoczenia, zwanego „podobieństwem właściwości”. Ale jak wykorzystać tę siłę, by możliwe było przezwyciężenie swojej natury, która jest przeciwna właściwościom Stwórcy? Na to powiedzieli mędrcy (traktat Pesachim, 50): „Niech człowiek zawsze zajmuje się Torą i przykazaniami, nawet gdy jeszcze nie „dla Niej” (lo liszma), bo z tego przyjdzie do „dla Niej” (liszma), ponieważ świecenie Tory przywraca go do źródła”.
Wynika z tego, że świecenie zawarte w Torze – to właśnie ono przywraca człowieka do Stwórcy. Ale powiedziano to o tym, kto rzeczywiście potrzebuje tego świecenia, by przywróciło go do Stwórcy, czyli by mógł skierować swoje działania na oddawanie. To oznacza, że gdy będzie miał nieprzerwane połączenie ze Stwórcą, wtedy zasłuży na stałą wiarę.
Ale jeśli człowiek, który nie troszczy się o to, że nie ma pełnej wiary, uczy się Tory nie w żadnym innym celu, jak tylko dla możliwości czerpania z niej nasłodzenia dla siebie, zaspokajając swoje egoistyczne pragnienia, i nie troszczy się o oddawanie, to taki człowiek nie potrzebuje świecenia Tory, które daje możliwość powrotu do Stwórcy, daje siły, by naprawić swoje działania, tak by były ukierunkowane tylko na sprawienie radości Stwórcy, co właśnie nazywa się zjednoczeniem ze Stwórcą, przez które człowiek zasługuje na stałość wiary.
Ale jeśli nie ma w nim braku w kwestii stałości wiary i nie ma potrzeby połączenia, a jedynie pragnie czegoś, co sam sobie wyobraża, że zasługuje od światła, i nie dlatego, że światło Tory pochodzi od Wyższego i że w tym świeceniu jest dobro i nasłodzenie, czyli że dąży do światła nie po to, by otrzymać pomoc w przemianie swojego pragnienia otrzymywania w pragnienie oddawania, lecz chce, by światło wywołało działanie przeciwne swojemu przeznaczeniu. Ponieważ światło przychodzi, by zwrócić do źródła, jak napisano (Tehilim 45): „Moje serce przejęło się dobrem… Wszystkie moje działania dla Stwórcy!”. Czyli dobrem nazywa się to, dzięki czemu człowiek zasługuje na pragnienie oddawania.
Ale jeśli człowiek chce otrzymać światło, by nasłodzić się nim dla siebie – to światło jeszcze bardziej powiększy jego egoizm. I powstaje działanie, które w rzeczywistości jest przeciwne temu, co światło powinno dawać. I dlatego światło nie przyjdzie do niego.
W Przedmowie do Talmudu Dziesięciu Sfirot (p. 16) napisano: „Niech człowiek nie pokłada nadziei, że zajmowanie się Torą i przykazaniami nie dla Niej (lo liszma) doprowadzi go do dla Niej (liszma). Tylko wtedy, gdy duszą pozna, że zasłużył na wiarę w Stwórcę i Jego Torę tak, jak należy, dopiero wtedy świecenie, które w Niej jest, przywróci go do Stwórcy, i zasłuży na «dzień Stwórcy», który cały jest światłem. Ponieważ wiara rozświetla oczy człowieka, aby nasładzały się Jego światłem, aż światło zawarte w Torze nie zwróci go do Jego Źródła… A ci, którzy nie zasłużyli – oczy ich zaślepia światło Stwórcy”.
I trzeba wyjaśnić, że światło wiary objawia się tym, którzy mają wiarę. I zgodnie z tym, co ustaliliśmy: ci, którzy zasłużyli do stałości wiary, mają już w sobie całe dobro. Rabin Jehuda Aszlag wyjaśnia wers z Pisma: „Dający mądrość mądrym”. Bo to niezrozumiałe – należałoby powiedzieć: „Dający mądrość głupcom”. I wyjaśnił: „Ponieważ nie ma światła bez naprawionego pragnienia – nie można dać mądrości głupcom, bo nie mają potrzeby. «Dający mądrość mądrym», czyli temu, kto ma pragnienie stać się mądrym – gdy ma kli, może otrzymać napełnienie, bo nie ma napełnienia bez braku”.
Zgodnie z tym należy wyjaśniać także to, co dotyczy wiary. Człowiek potrzebuje wiary, ponieważ widzi, że jej nie ma, że ma tylko wiarę częściową, jak napisano w Przedmowie do Talmudu Dziesięciu Sfirot (p.16): „Ten, kto pragnie, by jego wiara była pełna, już nazywa się posiadaczem wiary”. To oznacza, że ma on pragnienie i potrzebę światła wiary. I właśnie takim ludziom, którzy szukają wiary, objawia się światło Tory. O nich napisano: „Wiara rozświetla oczy człowieka, by nasładzały się światłem Stwórcy, aż światło zawarte w Torze nie zwróci go do Stwórcy”.
Z powiedzianego wynika, że właściwością zarodzenia nazywa się ten stan, kiedy człowiek otrzymuje przebudzenie z góry. I tak jak w materialnym poczęcie zależy od rodziców, tak i tutaj zarodzenie zależy od wezwania z góry, gdy człowieka się woła, by powrócił do swojego korzenia. I wtedy zaczyna rozważać i myśleć inaczej. I wszystkie pragnienia, które były w nim przed tym wezwaniem, zanikają i nie są wspominane. A właściwością wcielania (skarmiania, jenika) nazywa się stan, kiedy on sam zaczyna szukać – jaki „pokarm” otrzymać z książek i od nauczycieli, i pragnie wchłonąć w siebie światło, aby otrzymać możliwość zjednoczenia ze Stwórcą i zasłużyć na pełną wiarę.