W Księdze Zohar (Balak, komentarz Sulam, pkt 193) powiedziano: „Król Dawid stawiał siebie na czterech drogach. Stawiał siebie wśród biednych, stawiał siebie wśród pobożnych. Stawiał siebie wśród pobożnych, jak napisano: «Strzeż mojej nefesz, bo jestem pobożny» [Pisma, Psalmy 86:2]. Człowiek nie powinien bowiem czynić siebie grzesznikiem. A jeśli powiesz: w takim razie nigdy nie powinien wyznawać swoich grzechów – tak nie jest. Gdy wyznaje swoje grzechy, jest pobożny, ponieważ przychodzi, aby otrzymać tszuwę, i wydobywa siebie ze strony zła, w której nieczystości przebywał dotąd. Teraz przylgnął do wyższej prawicy, którą jest Hesed, wyciągniętej, by go przyjąć. Ponieważ przylgnął do Hesed, nazywa się pobożnym[1]. Nie mów też, że Święty, błogosławiony On, nie przyjmuje go, dopóki nie wyszczególni wszystkich swoich grzechów od dnia przyjścia na świat, a także tych, które są przed nim ukryte. Tak nie jest: powinien wyszczególnić tylko te grzechy, które pamięta. Jeśli podczas wyznania zwraca swoje pragnienie ku temu, aby ich żałować, wszystkie pozostałe grzechy podążają za nimi”.

Należy zrozumieć dwie następujące rzeczy:

  1. Jak człowiek może mówić o sobie, że jest pobożny, skoro jest to już ważny stopień? I jak może sam siebie wychwalać?
  2. Powiedziano, że człowiek nie powinien czynić siebie grzesznikiem. Z drugiej strony mówi się, że powinien wyszczególnić swoje grzechy, choć nie wszystkie od dnia przyjścia na świat, lecz tylko te, które pamięta. Jeśli więc wymienia grzechy, które popełnił, jest już grzesznikiem. Dlaczego zatem powiedziano, że człowiek nie powinien czynić siebie grzesznikiem?

Czy jest różnica między tym, że mówi, iż popełnił złe czyny, a tym, że nie nazywa siebie grzesznikiem? Przecież mówiąc o swoich złych czynach, zarazem mówi o sobie, że jest grzesznikiem. Jak znajdujemy w słowach naszych mędrców (Sanhedryn, 9b): „Powiedział raw Josef: [Kto zeznaje:] «Ten a ten obcował ze mną wbrew mojej woli», może wraz z innym [świadkiem] przyczynić się do skazania go na śmierć. [Jeżeli zaś stało się to] za jego zgodą, jest grzesznikiem, a Tora powiedziała: «Nie ustanawiaj grzesznika świadkiem». Rawa powiedział: «Człowiek jest krewnym samego siebie i nie czyni siebie grzesznikiem»”.

Wynika stąd, że jeśli mówi, iż zgrzeszył, nie daje mu się wiary w sprawie jego samego, ponieważ jest grzesznikiem. Tutaj zaś, kiedy wyznaje swoje grzechy, trzeba by powiedzieć, że już przez samo wypowiedzenie tego nazywa się „grzesznikiem”. A przecież mówisz: człowiek nie czyni siebie grzesznikiem. Powraca więc pytanie: jak może wyszczególniać swoje grzechy podczas wyznania?

Trzeba wiedzieć, że powodem zasady „człowiek nie czyni siebie grzesznikiem” jest to, iż „człowiek jest krewnym samego siebie”. Można to wyjaśnić tak: „Miłość zakrywa wszystkie występki” [Pisma, Miszlej, 10:12], dlatego nie dostrzega się żadnego braku w tym, kogo się kocha.

Bo braki – to coś złego, a człowiek nie może uczynić nic złego samemu sobie, ponieważ miłość do siebie czyni go nieobiektywnym, jakby wręczając mu łapówkę. Dlatego człowiek nie czyni siebie grzesznikiem i nie może świadczyć przeciw sobie, podobnie jak krewny, którego świadectwo w sądzie jest nieważne.

Ale pojawia się kolejne pytanie: jeśli człowiek zwraca się do Stwórcy, aby pomógł mu dokonać tszuwy, i naprawdę tego pragnie, to kto mu przeszkadza to zrobić? Czyż nie on sam podejmuje decyzję o dokonaniu tszuwy? Po co więc prosić Stwórcę o pomoc?

A w modlitwie Szmone Esre (Osiemnaście błogosławieństw) mówimy: „Zwróć nas, Ojcze nasz, ku Twojej Torze, i przybliż nas, Królu nasz, do swojej służby, i przywróć nas do pełnej tszuwy przed Tobą”. To znaczy, że bez pomocy z góry człowiek nie jest w stanie powrócić do Stwórcy. Ale dlaczego nie może tego zrobić samodzielnie?

Wyjaśnialiśmy to już wcześniej. Stwórca stworzył w nas naturę pragnienia otrzymywania. Z początku to pragnienie powstało z intencją otrzymywania dla siebie. Jak się uczymy, dopiero później zostało ustanowione naprawienie, które zakazało otrzymywania z zamiarem otrzymywania, pozostawiając możliwość przyjmowania jedynie z zamiarem oddawania.

To naprawienie nazywamy „naprawieniem ograniczenia”. I dopóki niższy nie jest zdolny przyjmować z zamiarem oddawania, miejsce to pozostaje puste i wolne od światła. I w rezultacie tego naprawienia, rozciągającego się w dół na stworzenia, dopóki człowiek nie wyjdzie ze swojego egoizmu, nie może odczuć światła Stwórcy. Tak więc najpierw człowiek musi wyjść z egoizmu – inaczej pozostanie pod władzą prawa ograniczenia.

I rzeczywiście, człowiek nie jest w stanie wyjść z natury stworzonej przez Stwórcę, ponieważ została ona stworzona przez samego Stwórcę. I wszystko, co pozostaje człowiekowi, to prosić Stwórcę, aby dał mu drugą, inną naturę – pragnienie oddawania. Wybór, który stoi przed człowiekiem, ogranicza się do modlitwy, w której człowiek prosiłby Stwórcę, aby pomógł mu i dał drugą naturę.

Dlatego, gdy człowiek chce powrócić do Stwórcy, wszystko, co powinien uczynić, to prosić Stwórcę, aby pomógł mu przejść od miłości do siebie do miłości bliźniego. Dlatego w modlitwie zwracamy się do Stwórcy z prośbą: „Zwróć nas, nasz Ojcze…”.

Kiedy zaś człowiek rzeczywiście prosi Stwórcę, aby przywrócił go do Siebie? Tylko wtedy, gdy człowiek naprawdę czuje, że powinien powrócić do Stwórcy. A dopóki człowiek nie uzna siebie za grzesznika, nie może modlić się prawdziwą modlitwą do Stwórcy, aby Ten przywrócił go do dobra, z tego powodu, że człowiek nie czuje się aż tak zły, by potrzebował miłosierdzia Stwórcy.

Człowiek wznosi modlitwę, na którą może nadejść odpowiedź, tylko wtedy, gdy naprawdę potrzebuje miłosierdzia. Jak powiedziano w modlitwie „Osiemnaście błogosławieństw”: „Bo Ty słyszysz modlitwę wszystkich ust Twojego ludu Israel – w miłosierdziu”. Więc kiedy Stwórca wysłucha modlitwy wzniesionej do Niego? Tylko wtedy, gdy człowiek czuje, że potrzebuje miłosierdzia. To znaczy, kiedy czuje, że nikt nie może mu pomóc w jego nieszczęściu, i zwraca się do Stwórcy, prosząc Go o miłosierdzie.

Całkiem inaczej jest wtedy, gdy człowiek zwraca się do Stwórcy z prośbą o nadmiar. Kiedy jego sytuacja nie jest wcale taka zła i widzi, że inni mają o wiele gorzej. W takim przypadku zwraca się do Stwórcy nie dlatego, że potrzebuje wyższego miłosierdzia, lecz dlatego, że chce, aby jego stan był lepszy i bardziej zaszczytny niż innych. To oznacza, że prosi Stwórcę, aby dał mu życie z nadmiarem, czyli chce być szczęśliwszy od innych.

Dlatego jeśli człowiek chce, aby Stwórca przyjął jego modlitwę, powinien przede wszystkim poczuć, że bardziej niż inni potrzebuje, aby obdarzono go życiem. Powinien zobaczyć, że wszyscy żyją w tym świecie, a on nie ma żadnego życia, bo czuje się grzesznikiem, zanurzonym w egoizmie bardziej niż wszyscy inni. I czuje, że potrzebuje wyższego miłosierdzia nie dlatego, że pragnie życia w dostatku, ale dlatego, że nie ma w nim żadnego życia świętości.

Wtedy prosi o rzeczywiste miłosierdzie: o coś, co ożywi jego nefesz. Woła więc do Stwórcy, ponieważ „Ty dajesz chleb głodnym”, a „AWAJa uwalnia więźniów” [Pisma, Psalmy 146:7]. Widzi po prostu, że brakuje mu wiary, nazywanej „chlebem”, i że siedzi w więzieniu nazywanym „miłością do siebie”. Nie może z niego wyjść i tylko Stwórca może mu pomóc. To nazywa się prawdziwą modlitwą.

Modlitwa opiera się na odczuciu braku. A brak nie oznacza tylko, że czegoś mu brakuje, ale że ma potrzebę, konieczność. Dlatego wielki brak oznacza wielką potrzebę w tym, o co prosi. A jeśli nie ma wielkiej potrzeby, to nie ma też wielkiego braku, a więc nie pojawia się silna modlitwa. Bo nie potrzebuje tak bardzo tego, o co prosi, więc jego prośba także nie będzie tak wielka.

Z powyższego wynika, że człowiek nie potrafi zobaczyć zła w samym sobie. Załóżmy, że człowiek wie, że jest chory, a choroba to przecież coś złego, i zwraca się do lekarza, by go wyleczył, ale ten lekarz mówi, że nie widzi niczego złego w jego ciele. Człowiek z pewnością nie uwierzy lekarzowi i pójdzie do lepszego specjalisty. A jeśli specjalista powie mu, że znalazł coś złego w jego ciele, co wymaga operacji, człowiek z pewnością się ucieszy, że jego problem został wykryty, i zapłaci lekarzowi odpowiednią sumę w podzięce za to, że odkrył, jak można go wyleczyć, aby mógł żyć i cieszyć się życiem.

A zatem widzimy, że jeśli odkrycie zła może być czymś dobrym, jak w przypadku choroby, to już nie powiemy, że człowiek nie widzi w sobie zła. Ponieważ gdy człowiek chce naprawić zło w sobie, to zło nazywa się dobrem, i w takim przypadku człowiek jest zdolny je dostrzec.

Na tej podstawie możemy odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie: z jednej strony Zohar mówi, że człowiek nie czyni siebie grzesznikiem, a z drugiej, że powinien wyszczególnić swoje grzechy. Czyż wymieniając swoje grzechy i mówiąc: „popełniłem to i to”, człowiek nie czyni siebie grzesznikiem?

Można odpowiedzieć, że sytuacja wygląda inaczej. Załóżmy, że człowiek zwraca się do Stwórcy, by Ten go przybliżył – całkowicie świadomy, że przeszkodą jest to, że jest pogrążony w egoizmie. Wie, że jeśli pragnie, by jego modlitwa została przyjęta, to musi modlić się do Stwórcy z głębi serca. To znaczy, że potrzebuje więcej miłosierdzia niż wszyscy inni, ponieważ czuje, że jest gorszy od nich.

A to oznacza, że musi widzieć zło w sobie bardziej niż w innych ludziach, inaczej wychodzi na to, że kłamie, mówiąc, iż jest gorszy od innych. Powiedziano: „Bliski jest AWAJa wszystkim, którzy wzywają Go w prawdzie”. Dlatego, jeśli człowiek sam rozpoznaje zło w sobie i czuje wielką potrzebę pomocy Stwórcy, to uznaje się to za coś dobrego.

I dlatego, gdy człowiek wyszczególnia swoje grzechy, nie nazywa się to czynieniem siebie grzesznikiem, lecz wręcz przeciwnie, właśnie wtedy może wznieść prawdziwą modlitwę, by Stwórca go przybliżył. W ten sposób, poprzez to, że człowiek dostrzega w sobie zło, wzbudza w sobie większą potrzebę Stwórcy, bo potrzeba nazywa się odczuciem braku.

Ale modlitwa musi pochodzić z głębi serca, czyli brak, o którego wypełnienie się modli, nie może być powierzchowny, lecz musi dotykać najgłębszego punktu jego serca, gdy ten brak odczuwany jest we wszystkich jego organach, tylko wtedy nazywa się to prawdziwą modlitwą.

Z tego zrozumiemy pytanie: jak mówi o sobie, że jest pobożny? Pobożność to przecież już stopień i nie każdy nazywa się „pobożnym”. Jak więc powiedział o sobie, że jest „pobożny”?

Słyszałem od mojego ojca i nauczyciela, błogosławionej pamięci, wyjaśnienie słów: „Daje mądrość mędrcom” [Pisma, Daniel, 2:21]. Przecież powinno być powiedziane: „Daje mądrość głupcom”. Wyjaśnił, że „mądrym” nazywa się człowieka według jego przyszłego stanu: kto chce być mądry, już nazywa się „mądrym”.

Zatem mówiąc: „Jestem pobożny”, ma na myśli to, że chce być pobożny, co nazywa się „miłością bliźniego”. Najpierw powiedział: „Modlitwa biednego”, czyli znajduje się w miłości do siebie, a „ja chcę być pobożny”.

Święty Zohar kończy to następująco: „Wtedy jest pobożny, ponieważ przychodzi, aby otrzymać tszuwę, i wydobywa siebie ze strony zła, w której nieczystości przebywał dotąd. Teraz przylgnął do wyższej prawicy, którą jest Hesed, wyciągniętej, by go przyjąć. Ponieważ przylgnął do Hesed, nazywa się pobożnym”. To znaczy: ponieważ przychodzi teraz, aby przylgnąć do Hesed, nazywa się „pobożnym” według przyszłego stanu.

Zrozumiemy także słowa świętego Zoharu: „Nie mów, że Święty, błogosławiony On, nie przyjmuje go, dopóki nie wyszczególni wszystkich swoich grzechów od dnia przyjścia na świat. Tak nie jest. Jeśli podczas wyznania zwraca swoje pragnienie ku temu, aby ich żałować, wszystkie pozostałe grzechy podążają za nimi”. Należy powiedzieć: jeśli modli się o ogół i korzeń, z którego pochodzą wszystkie grzechy, czyli o pragnienie otrzymywania, wszystkie grzechy same za nim podążają, to znaczy za miłością do siebie.


[1] Przyp. tłum. „Pobożny” to chasid (חסיד). Autor wiąże ten wyraz z hesed (חסד), nazwą właściwości miłosierdzia. Oba słowa opierają się na tych samych literach rdzenia: chet, samech, dalet.