Nakazane jest nam wypełniać sześćset trzynaście przykazań w działaniu – nawet bez intencji: jeśli tylko człowiek myśli, że właśnie wypełnia jedno z przykazań, które nakazał nam Stwórca, to już wystarczy do jego spełnienia, i nie trzeba myśleć o żadnej intencji, lecz po prostu wykonywać, i w ten sposób już wypełnia się to, co wymagane. Oczywiście, należy wypełniać wszystkie przykazania zgodnie z warunkami właściwymi dla każdego z nich. Człowiek, na przykład, wykonuje przykazanie dotyczące cicit, jak powiedziano: „I uczynicie sobie cicit na krańcach waszych szat”. Ale istnieją szczegóły: z jakiego materiału wykonany jest talit, długość i szerokość talitu, z czego wykonane są cicit – czy z wełny, czy z lnu, i tak dalej. Wszystkie te warunki zawarte w micwie cicit oczywiście trzeba zachować, w przeciwnym razie wykonanie micwy jest niedoskonałe – to brak z punktu widzenia działania. I trzeba również ściśle przestrzegać licznych szczegółów.
To dotyczy każdego wykonania przykazań: zarówno przykazań Tory i Talmudu, jak i tych, które wypełnia się jako zwyczaj, ponieważ powiedziano przez mędrców: „Zwyczaje Israela są Torą” (traktat Menachot 20:2) i „zwyczaje naszych ojców są Torą”.
Miara ścisłego przestrzegania, czyli jak bardzo powinniśmy się strzec przy wykonywaniu przykazań, została nam dana w przykazaniu zakazu spożywania zakwasu w Pesach. To przykład tego, jakie powinno być przestrzeganie. I dane to zostało na Pesach, ponieważ zakwas symbolizuje „egoistyczny początek”. Dlatego znajdujemy tutaj wiele surowości i subtelności. Dany jest nam ten przykład, by ukazać, jak bardzo powinniśmy strzec się przed prawdziwym naruszeniem. Dlatego dane są nam szczegóły, aby oddalić przekroczenie i zarazem wykonać samo przykazanie.
Ale Baal Szem Tow powiedział: „Nie przesadzajcie w szczegółach”, aby nie poświęcać całego czasu i wszystkich uczuć wyłącznie temu. Dlatego, na ile to możliwe, człowiek powinien zachowywać przykazanie we wszystkich szczegółach i detalach, ale nie przesadzać przy tym. I może właśnie dlatego nie w każdym micwie trzymamy się tak ścisłej i precyzyjnej dokładności jak w Pesach. Ponieważ potrzebna jest nam również nasza energia do tego, by nadać właściwe intencje naszym działaniom, inaczej nie zostanie nam czasu na intencję.
To znaczy, że powinniśmy również myśleć o intencji, jak napisano: „Stworzyłem zły początek, i stworzyłem Torę jako lekarstwo na nie”. A skoro tak, musimy poświęcać czas i siły także na intencję, czyli by widzieć, na ile zło (czyli nasz egoizm) jest naprawiane przez Torę i przykazania. To znaczy, że człowiek powinien sprawdzać swoje pragnienie, nazywane pragnieniem otrzymywania: czy przeszedł już część drogi, by przestać z niego korzystać i oddalić się od niego, oraz na ile wchodzi w pracę na rzecz oddawania. Innymi słowy, człowiek powinien za każdym razem badać siebie, aby całkowicie jasno wiedzieć, jak wielką nienawiść nabył wobec swojego egoistycznego pragnienia, i powinien przy tym dążyć do altruistycznych pragnień oddawania.
Dlatego, gdy człowiek wypełnia jakieś przykazanie, powinien przede wszystkim upewnić się, że robi to zupełnie prosto, że nie myśli teraz o niczym innym, tylko o nim, czyli by wiedział, że wypełnia przykazanie Stwórcy. I powinien wierzyć, że Stwórca przez Moszego nakazał nam wykonywać Jego polecenia.
Wypełnianie danych nam przez Stwórcę sześciuset trzynastu przykazań, w tym przykazań ustanowionych przez mędrców Talmudu, jak również przestrzeganie zwyczajów Israela, które także są Torą – wszystko to powinno być wykonywane z intencją sprawienia radości Stwórcy oraz ze świadomością, że zostało mu dane z góry ogromne wyróżnienie – możliwość rozmowy ze Stwórcą. Dlatego, gdy wypowiada błogosławieństwo, zarówno błogosławieństwo za nasłodzenie, jak i błogosławieństwo przykazania, powinien wiedzieć i starać się uświadomić sobie, Kogo błogosławi i Komu dziękuje.
Człowiek powinien wyobrazić sobie, jakby dano mu możliwość wejścia do najważniejszej osoby w mieście, do której nie każdemu pozwalają wejść, jakie odczuwałby wtedy wrażenie z tego, że się tam znalazł i mówi do niej. Albo gdyby pozwolono mu wejść do najważniejszej osoby w państwie – jaką poczułby wtedy radość. A jeśli wyobrazi sobie, że dano mu możliwość zwrócenia się do najważniejszego człowieka na świecie, który rozmawia tylko z nielicznymi wybranymi – jakie poczucie radości, jakie podniesienie na duchu by wtedy odczuł, że dostąpił tak wielkiego zaszczytu, podczas gdy inni tej możliwości nie mają. Przecież i w naszym materialnym świecie widzimy, że przynosi to zadowolenie i daje siłę życiową.
I w związku z tym nasuwa się pytanie: dlaczego w duchowym nie potrafimy dokonać takiego samego rachunku i wyobrazić sobie całej tej radości, jaką odczuwa człowiek, gdy okazuje mu się szczególny szacunek w świecie materialnym – dając mu możliwość rozmowy z kimś bardzo poważanym? W duchowym zaś, kiedy zwracamy się do Stwórcy, to nie mamy tego odczucia, nie potrafimy poczuć, do Kogo się zwracamy. Tak, by móc powiedzieć sobie: „Popatrzcie, ilu jest ludzi na świecie, którzy nie mają prawa mówić z Władcą świata. A nam sam Stwórca dał myśl i pragnienie, by wejść do Niego i mówić z Nim. Czyż nie powinien człowiek wierzyć w to, co powiedzieli mędrcy (traktat Kiduszin 30): «Gdyby Stwórca mu nie pomógł – sam nie dałby rady»?” Jeśli tak, to należy powiedzieć, że właśnie teraz Stwórca zwrócił się do nas, udzielając nam pomocy. Dlaczego więc nie czujemy Jego, i serce nie jest w radości?
Człowiek, gdy wypowiada wypowiedzi Tory i modli się do Stwórcy, albo gdy błogosławi – powinien wyobrazić sobie, że zwraca się do wielkiego człowieka i Króla całego świata. I dobrze, jeśli to mu pomoże. A nawet jeśli wyobrazi sobie, to jeszcze nie wystarcza, by poczuł to tak mocno, jak wtedy, gdy rozmawia z jakimś poważanym człowiekiem w świecie materialnym, gdy poczucie radości i wielkości przychodzi bez żadnego wysiłku. W duchowym natomiast trzeba się wysilić i wszelkimi możliwymi sposobami uruchomić wyobraźnię, aż poczuje choć trochę ważność tego, że zwraca się do Stwórcy.
Ale to jest bardzo proste. Bo w świecie materialnym widzi, jak ludzie szanują ważną osobę. A ponieważ szacunek mas wpływa na jednostkę, on również postanawia jej służyć, proporcjonalnie do tej ważności, którą wpojono mu przez otoczenie, przez masy. Co się zaś tyczy Stwórcy, człowiek nie może zobaczyć wśród ludzi prawdziwego poziomu Jego ważności, dlatego wszystko opiera się na wierze. A tam, gdzie człowiek musi wierzyć, potrzebne są już wysiłki, ponieważ rodzą się wątpliwości i trzeba podjąć decyzję: tak czy nie. I dlatego w duchowym konieczna jest wielka praca, gdy człowiek ma ocenić wielkość Stwórcy, rezygnując w tym celu z pewnych rzeczy, z których jego „ciało” czerpie przyjemność. I odczuwa ból, gdy musi zrezygnować ze swoich przyjemności. Wszystko to po to, by znaleźć łaskę w oczach Stwórcy, by dał mu miejsce do wejścia do Siebie i rozmowy z Nim – by dał mu możliwość poczuć, z Kim rozmawia. Aby Stwórca objawił mu się choć trochę, a nie pozostał tak bardzo ukryty przed człowiekiem.
I gdyby człowiek mógł otrzymać poczucie ważności Stwórcy od innych ludzi, tak jak to się dzieje w życiu codziennym, to nie byłoby dla niego żadnej pracy. Ale w duchowym istnieje szczególny stan, nazywany „Szchina na wygnaniu” lub „Szchina w prochu”, wskazujący na stan umniejszenia – przeciwny wywyższeniu. I dlatego nie mamy tutaj żadnej szansy zaczerpnąć tego odczucia ważności od mas. Bo widzimy, że nie mają oni świadomości tej najrzadszej wartości i wielkości duchowego, która daje możliwość uchwycenia się i oparcia na poczuciu ważności wystarczającej do tego, by zrezygnować z życia (czyli z pragnień) tego świata, zwanego życiem materialnym, i przyjąć na siebie pracę dla Stwórcy z intencją oddawania, a nie dla własnej korzyści.
A to dlatego, że człowiek nie widzi w innych, by cenili duchowość do tego stopnia, by warto było dla niej wyrzec się miłości do siebie. Bo gdy zaczyna patrzeć na masy studiujących Torę i wypełniających przykazania, nie widzi w nich takiego podejścia, by pracowali dla oddawania. I zrozumiałe jest, dlaczego nie otrzymuje poczucia ważności duchowego – takiego, jakie otrzymuje w świecie materialnym, gdy widzi, że wszyscy kogoś czczą (i nie ma znaczenia, kogo lub co wywyższają). I znajduje się pod ich wpływem. Ale w duchowym człowiek nie widzi nikogo, nawet pojedynczych ludzi, którzy ceniliby duchowe. I jeśli tak, to co może zrobić, aby zdobyć poczucie ważności pracy na rzecz oddawania?
Człowiekowi przypada wielka praca, gdy musi starać się zrobić wszystko, co w jego mocy, by duchowe stało się choć trochę cenne dla niego. Aby zrozumiał, że to wielki przywilej – dostąpić zaszczytu służby Stwórcy i wypełniania Jego przykazań w zupełnie prosty sposób, bez żadnych wielkich intencji, lecz jednocześnie, by człowiek otrzymał radość i siłę życia już z samego faktu, że wykonuje to, co nakazał mu Stwórca. Aby docenił, że wypełnia teraz wolę Króla, i by mógł powiedzieć, że „jest radość u Niego z tego, że ja wypełniam Jego wolę”. I powinien wierzyć ponad rozumem, że wszystkie jego myśli i pragnienia, które doprowadziły go do wypełniania przykazań, zostały mu posłane przez Stwórcę. I dane mu to zostało jako pobudzenie z góry, czyli Stwórca właśnie teraz go woła: „Przyjdź do Mnie, bo chcę dać ci służbę w Moim Pałacu”. I kiedy człowiek rozważa to w sobie – jego serce z pewnością porusza się i napełnia radością, odczuwając inspirację.
Wynika z tego, że nie ma znaczenia, jakie działanie wykonuje człowiek, ponieważ wszystko odnosi się do jednego, jak powiedziano: „Bądź tak samo ostrożny przy wykonywaniu lekkiego przykazania, jak i przy ciężkim, ponieważ nie wiesz, jaka jest zapłata za nie”. Dlatego jeśli człowiek wykonuje przykazanie Stwórcy, to nieistotne, które z nich wykonuje, ponieważ wszystkie jego myśli są ukierunkowane na to, by sprawić radość Stwórcy. I nawet z najmniejszego działania może człowiek zaczerpnąć wielką radość, ponieważ główna rzecz nie tkwi w wadze samego przykazania, lecz w odczuciu wielkości i wagi Tego, który je nakazał, czyli na ile człowiek wywyższa Króla.
I gdy człowiek bada siebie, widzi, że musi napełnić pragnienie, by miało ono napełnienie. Ale jeden pragnie napełniać swoje pragnienie tym, czego pragnie jego serce, i to nazywa się pożądaniem. Inny musi napełniać pragnienia innych, to, czego oni od niego oczekują: odpowiedni ubiór, mieszkanie itd., i to już określane jest jako szukanie szacunku. A napełniać pragnienie Stwórcy, czyli to, czego Stwórca wymaga, to „wypełnianie Tory i przykazań”. Ale człowiek może zapytać siebie: „Czy naprawdę praca dla Stwórcy jest dla mnie tak ważna, bym rzeczywiście czuł jej wagę? I dlaczego po wszystkich rozważaniach zapominam wszystko i znajduję się w świecie materialnym, odłączony od duchowego, i natychmiast przystępuję do pracy nad napełnianiem cudzych pragnień, a nie pragnień Stwórcy? I to pomimo tego, że już wcześniej przyjąłem decyzję, że pragnienie Stwórcy jest dla mnie tak ważne – ważniejsze niż napełnianie mojego własnego pragnienia”.
Dzieje się tak dlatego, że gdy troszczę się o napełnienie mojego pragnienia, to określane jest to jako pożądanie przyjemności; a gdy staram się napełnić pragnienia innych – jako pragnienie szacunku. Jedno i drugie oparte jest na moim egoizmie. Ale stan, w którym chcę napełnić pragnienia Stwórcy jest bardzo ważny, ponieważ wtedy wychodzę z egoizmu, ze „zwierzęcej” natury i nazywam się wtedy człowiekiem, jak powiedzieli mędrcy: „Wy nazywacie się «człowiek», a nie narody świata”.
Jeśli tak, to gdy człowiek wychodzi ze stanu Tory i modlitwy, powinien natychmiast powiedzieć, że nawet najmniejsze zajęcie się duchowym jest dla niego tak ważne, że znajduje się w niezwykłej radości z tego, że dostąpił wejścia w duchowe obszary. Dlatego głupcem nazywa się ten, kto chce wyjść ze stanu duchowego zadowolenia i inspiracji, w którym przebywał przez cały czas.
I nagle człowiek zostaje wezwany, by przyjść do Króla i rozmawiać z Nim. Patrzy wtedy na siebie i widzi: jak bardzo cały ten czas był pogrążony w „pragnieniu nasłodzenia się” przyjemnościami tego świata – jak wszystkie zwierzęta. A teraz widzi, że stał się prawdziwym człowiekiem i krytycznie patrzy na swoje otoczenie i na to, jak beznadziejnie nisko się ono znajduje, do tego stopnia, że trudno mu nawet stać obok nich i rozmawiać z nimi, ponieważ trudno mu się uniżyć i mówić z ludźmi, w których nie ma nic duchowego, i którzy są zanurzeni w egoizmie i trudno mu ich znieść. I po tym wszystkim, po upływie jakiegoś czasu, może nawet jednej chwili po tym krytycznym przeglądzie swojego otoczenia, zapomina całe duchowe, w którym się znajdował, i wchodzi w świat materialny ze wszystkimi jego zwierzęcymi przyjemnościami. I nawet nie pamięta momentu wyjścia, czyli momentu, kiedy wyszedł ze stanu duchowego do stanu materialnego, w którym znajduje się teraz.
Jeśli tak, to powstaje pytanie: gdy przebywał w stanie duchowym i doświadczał z tego radości – czy to był samooszukujący sen? Czy może było to właśnie prawdziwe, a to, że teraz czuje się pogrążony w zwierzęcych przyjemnościach – to jest sen? I prawda jest taka, że człowiek powinien wierzyć, że kiedy Stwórca trochę się przed nim odsłania, zaczyna on odczuwać wielkość Króla, i w ten sposób przyciąga się do Niego, stając się niezauważalnym jak świeca przy pochodni. I jeśli nadal wywyższa znaczenie tego wezwania, które usłyszał z góry, to w miarę jego zdolności do wywyższania tego wezwania wzrasta w nim pragnienie duchowego. I zaczyna czuć, że wyszedł ze świata materialnego i wszedł w świat pełen doskonałości.
Ale jeśli zapomina ocenić wagę tego wezwania do Króla i zwraca się do Niego, lecz zaczyna czerpać przyjemność i wprowadzać to nasłodzenie do swojego pragnienia otrzymywania i nie ostrożnie, niezwłocznie, oddał chwałę i podziękowanie za to, że Stwórca go przybliżył – natychmiast zostaje wyrzucony z pałaców Króla.
Dzieje się to tak szybko, że człowiek nie zdąży nawet poczuć, że został już wyrzucony. Dopiero po pewnym czasie dochodzi do świadomości i widzi, że został wyrzucony. Ale w chwili, gdy go wyrzucano, był nieprzytomny, i dlatego nie mógł tego poczuć. Tak samo jak w naszym świecie: jeśli człowiek spada z górnego piętra na ziemię, a później pytają go, jak to się stało, że upadł, odpowiada, że nic nie pamięta. Dopiero teraz widzi, że znajduje się w szpitalu, ale nie pamięta nic: ani kto go podniósł z ziemi, ani kto zawiózł do szpitala – wszystko zostało zapomniane.
To samo dzieje się i w duchowym. W chwili, gdy został wyrzucony z pałacu Króla, to nie pamięta, kto go wyrzucił. Czyli nie pamięta, co było przyczyną tego, że „spadł” ze swojego stanu, w którym znajdował się w pełni doskonałości, napełniony radością z tego stanu. Nie pamięta też momentu, w którym spadł z tego wyniesionego stanu na ziemię, tak by móc powiedzieć: „do tego momentu wszystko było w porządku, a dopiero teraz upadłem”. Tego momentu, gdy wypadł ze swojego stanu, nie jest w stanie zapamiętać. Ale po pewnym czasie otwiera oczy i zaczyna widzieć i rozumieć, jak bardzo zanurzony jest teraz w świecie materialnym. A to „przebudzenie”, to znaczy powrót świadomości i uświadomienie sobie, że znajduje się poza Pałacem, może przyjść po kilku godzinach, a nawet po kilku dniach, gdy nagle uświadomi sobie, że pogrążony jest w pragnieniach tego świata i przypomni sobie, że niegdyś miał stan duchowego wzniesienia.
Wróćmy teraz do tego, od czego zaczęliśmy: jak wielka jest różnica pomiędzy wykonywaniem przykazań, wypowiadaniem słów Tory i modlitwą w zwykłej formie, bez żadnej intencji, jedynie w celu studiowania Tory, ponieważ cała Tora to Imiona Stwórcy – a studiowaniem świadomym, gdy człowiek rozumie, jaki związek ma to, czego się uczy, z nim samym? I niech nie pyta, czego może go to nauczyć, bo każde słowo i wyrażenie, które studiuje, jest bardzo ważne dla jego „duszy”. I choć tego nie rozumie, to powinien wierzyć wiarą mędrców, którzy nas tak prowadzą.
Tak samo w modlitwie. Człowiek powinien wiedzieć i wierzyć, że każde słowo i wyrażenie, których porządek ustalili wielcy, jest powiedziane w języku świata duchowego. Dlatego należy cenić każde słowo i fakt, że dostąpił zaszczytu, że Stwórca dał mu myśl i pragnienie zajmowania się Jego przykazaniami. I powinien oddać Stwórcy za to wdzięczność. I powinien wierzyć, że to, czym się zajmuje w duchowym, nie zostało dane innym ludziom, a Stwórca wybrał właśnie jego, by powierzyć mu służbę. Człowiek powinien być świadomy: to Stwórca go wzywa i daje mu choć odrobinę zrozumienia, by chociaż przestrzegał Jego przykazań, aby miał choć niewielkie zbliżenie z Nim. I na ile jest w stanie, niech wyobrazi sobie wielkość Króla i zaczerpnie z tego radość i inspirację. To jest właśnie prawdziwa droga.
Czyli powinniśmy wierzyć w wielkość Stwórcy, mimo że ciało jeszcze nie uległo uniesieniu takiemu, jakby służyło Królowi z ciała i krwi, gdy tłumy go wywyższają, a człowiek ulega ich wpływowi. W duchowym natomiast człowiek nie może zobaczyć, jak ludzie czczą Stwórcę i że warto się przed Nim unicestwić, to jest przed nami ukryte. Ale musimy wierzyć, że tak właśnie jest. I to nazywa się „prawą linią”, bez żadnych intencji. Ale nawet jeśli człowiek zajmuje się najmniejszym szczegółem, to powinno to być dla niego ważne, jakby wykonywał wielką służbę.
Jak powiedzieli mędrcy (traktat Awot, rozdz. 2, m. 1): „Bądź tak samo ostrożny w wypełnianiu lekkiego przykazania, jak i ciężkiego, ponieważ nie wiesz, jaka jest za nie nagroda”. To oznacza, że nie ma znaczenia, co robimy dla Stwórcy, jaką służbą sprawiamy Mu radość. Ważne jest, by towarzyszyła temu jedna myśl, że przez to sprawiam Mu radość. Jeśli tak, to nie ma znaczenia, czy praca ta jest prestiżowa, czy nie, ponieważ człowiek nie liczy się ze sobą. Dlatego praca ta może być nie na tyle zaszczytna, by wszyscy ją rozchwytywali, ale on chce ją wykonać, bo wie, że jest bardziej potrzebna niż ta, do której jest wielu chętnych.
Ale pytanie brzmi: dlaczego człowiek już od początku jej wykonywania nie może poczuć światła ukrytego w Torze i przykazaniach, lecz musi wierzyć, że jest tam ukryte światło, którego nie może zobaczyć? Przecież lepiej byłoby, gdyby wszystkim objawiła się wielkość Tory, wtedy każdy miałby możliwość wypełniać Torę i przykazania. I dlaczego doszło do ukrycia i zniknięcia tego światła do tego stopnia, że każdy człowiek musi pracować, wkładać wysiłek i wykonywać wszelkie działania, by mógł powiedzieć, że cały świat materialny nie jest wart Tory i przykazań, jak powiedzieli mędrcy (traktat Awot, rozdz. 4, m. 22): „Piękniejsza jest jedna godzina skruchy i dobrych czynów w tym świecie niż całe życie przyszłego świata. Piękniejsza jest jedna godzina nasłodzenia w przyszłym świecie niż całe życie tego świata”.
Ukrycie zostało nam dane po to, by człowiek miał możliwość wyboru, by miał możliwość pracować w Torze i przykazaniach nie dla siebie, lecz dla oddawania. W przeciwnym razie, gdyby ukryte światło Tory i przykazań się objawiło, pracowałby wyłącznie z miłości do siebie. I wtedy człowiek nie miałby żadnej możliwości sprawdzenia siebie: czy jego intencją jest oddawanie, czy osobisty zysk. A gdy dana nam jest możliwość wypełniania Tory i przykazań w stanie ukrycia, to człowiek może po prostu je wykonywać. I powiedzieć: „Jeśli moja intencja jest dla oddawania, to jaki ma znaczenie smak, który odczuwam?” Dlatego, jeśli człowiek chce czegoś dostąpić, powinien przyjąć na siebie wypełnianie Tory i przykazań w sposób całkowicie prosty, jak już powiedziano.