Księga Zohar pyta: „«Przyjdź do faraona» – przecież należało powiedzieć: «Idź do faraona» itd. Gdy Święty, błogosławiony On, zobaczył, że Mosze się boi, a inni wyznaczeni posłańcy na górze nie mogą się do niego zbliżyć, powiedział Święty, błogosławiony On: «Oto Ja [występuję] przeciw tobie, faraonie, królu Egiptu, wielki smoku spoczywający pośród swoich rzek». Święty, błogosławiony On, musiał bowiem stoczyć z nim wojnę, a nie kto inny, jak napisano: «Ja – AWAJa», co objaśniono: «Ja, a nie posłaniec»” (Zohar, Bo, artykuł O smokach, początek od pkt 36; por. Prorocy, Jechezkel, 29:3).

Różnica między „przyjdź” (bo בא) a „idź” (lech לך) polega na tym, że „przyjdź” oznacza, iż pójdziemy razem, tak jak człowiek mówi do swojego przyjaciela: „Przyjdź”.

Należy zrozumieć tę sprawę: Zohar wyjaśnia, dlaczego Święty, błogosławiony On, musiał pójść z Moszem – Mosze sam nie mógł stoczyć z nim wojny, lecz [musiał to uczynić] sam Święty, błogosławiony On, a nie kto inny. Po co więc Mosze miał iść ze Świętym, błogosławionym On? Przecież napisano: „Ja, a nie posłaniec”. Jaką korzyść przynosi zatem to, że Święty, błogosławiony On, poszedł do faraona, zwanego smokiem, razem z Moszem? Mógł przecież pójść do faraona bez Moszego. Należy też zrozumieć słowa naszych mędrców (Talmud, Kiduszin, 30b): „Powiedział Resz Lakisz: Początek człowieka wzmaga się przeciw niemu każdego dnia i usiłuje go uśmiercić, jak powiedziano: «Niegodziwiec wypatruje sprawiedliwego». A gdyby Święty, błogosławiony On, nie pomagał mu, nie zdołałby go pokonać, jak powiedziano: «AWAJa nie pozostawi go w jego ręku»” (Pisma, Psalmy 37:32–33).

I tu pojawia się kolejne pytanie: skoro sam człowiek nie jest w stanie wytrzymać tej walki bez pomocy Stwórcy, to po co potrzebne jest to dublowanie? Wydawałoby się, że albo niech Stwórca da człowiekowi siły, by sam sobie poradził, albo niech Stwórca zrobi wszystko sam. Po co potrzebne są dwie siły: najpierw siła człowieka, a potem jeszcze siła Stwórcy? Jakby tylko za pomocą dwóch sił można było przezwyciężyć siłę zła, a jedna siła była niewystarczająca.

Jak wiadomo, człowiek osiąga doskonałość wraz z osiągnięciem celu stworzenia. To znaczy, że musi dojść do tego celu, dla którego został stworzony świat – celu, który nazywa się „obdarzać dobrem swoje stworzenia”. Innymi słowy, stworzenia mają dojść do otrzymania wszystkich błogości i dóbr, jakie dla nich zaplanował Stwórca. I dopiero wtedy stworzenie może być nazwane odpowiadającym swojemu Stwórcy. Jak wiadomo, z doskonałej przyczyny mogą wynikać tylko doskonałe skutki. A więc każdy powinien odczuwać piękno tego stworzenia tak, aby każdy mógł je wychwalać i się nim zachwycać, i aby każdy mógł dziękować i wysławiać Stwórcę za to stworzenie, które On stworzył, i aby każdy mógł powiedzieć: „Błogosławiony Ten, z którego słowa powstał świat”. To znaczy, aby wszyscy dziękowali Stwórcy za to, że stworzył piękny świat, pełen błogości, i aby wszyscy byli zadowoleni i szczęśliwi, czerpiąc radość ze wszystkich błogości dostępnych w świecie.

Jednak, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym, czy rzeczywiście jest zadowolony ze swojego życia, czy czerpie wiele radości z siebie samego i ze swojego otoczenia, widzi, że jest odwrotnie – wszyscy cierpią, każdy na swój sposób. I jeśli ma powiedzieć: „Błogosławiony Ten, z którego słowa powstał świat”, to widzi, że mówi to nieszczerym sercem.

Ale jak wiadomo, dobro i przyjemność nie mogą objawić się w świecie, dopóki świat nie będzie miał kelim oddawania, ponieważ nasze kelim otrzymywania są jeszcze zabrudzone otrzymywaniem dla siebie, bardzo ograniczonym w swojej mierze, które również oddziela nas od Stwórcy. (To znaczy, że na kelim otrzymywania nałożono pierwsze skrócenie, aby nie świeciła w nich obfitość. Zob. Przedmowa Zohar, komentarz Sulam, pkt 138).

Aby osiągnąć kelim oddawania, zaczynają się spory i wojny, ponieważ jest to sprzeczne z naszą naturą. Dlatego dano nam Torę i przykazania, byśmy osiągnęli stopień oddawania, jak powiedzieli nasi mędrcy: „Stworzyłem zły początek, stworzyłem Torę jako przyprawę” (Talmud, Kiduszin, 30b). Dano nam również przykazanie: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” (Tora, Wa-jikra, 19:18). Rabbi Akiwa mówi: „To wielka zasada Tory” (Bereszit Raba, 24:7). To znaczy: pracując nad miłością do przyjaciół, człowiek przyzwyczaja się wychodzić z miłości do samego siebie i dochodzić do miłości bliźniego.

Należy jednak zrozumieć to, co widzimy na własne oczy: są ludzie, którzy wkładają siły w miłość do przyjaciół, a mimo to nie przybliżyli się ani na jotę do miłości do Stwórcy, czyli do takiego stanu, w którym mogliby wypełniać Torę i przykazania wyłącznie z miłości do Niego. Dokładniej mówiąc, ci ludzie twierdzą, że w miłości do przyjaciół nieco się posuwają naprzód, lecz w miłości do Stwórcy nie dostrzegają żadnego postępu.

Jednak również w miłości do przyjaciół istnieją różne stopnie, to znaczy, że należy rozważyć obowiązek miłości do przyjaciół. Można to porównać do budynku z parterem i dwoma piętrami, w którym na drugim piętrze mieszka król. Temu, kto chce wejść do króla, czyli temu, którego jedynym pragnieniem jest mówić z królem twarzą w twarz, powiedziano, że wcześniej musi wejść na pierwsze piętro, ponieważ niemożliwe jest wejść na drugie piętro bez uprzedniego przejścia przez pierwsze. I każdy, oczywiście, to rozumie. Ale istnieje szczególny powód, dla którego należy najpierw wejść na pierwsze piętro, zwane „naprawami”. Ponieważ dopiero po wejściu na pierwsze piętro człowiek może nauczyć się rozmawiać z królem sam na sam. I wtedy będzie mógł prosić króla o wszystko, czego zapragnie jego serce. Człowiek, który słyszał, że najpierw należy wejść na pierwsze piętro, a dopiero potem można wejść na drugie, rozumie to doskonale, ale skoro jego jedynym pragnieniem jest ujrzeć króla, i nic więcej go nie interesuje, to wejście na pierwsze piętro jawi mu się jako ciężar.

Nie ma jednak wyjścia, wchodzi więc na pierwsze piętro, lecz zupełnie nie interesuje go, co tam się znajduje, choć słyszał, że na pierwszym piętrze ludzie uczą się, jak rozmawiać z królem. Ale nie zwraca na to uwagi, bo nie to jest jego celem. Jego celem jest dotrzeć do króla, a nie uczyć się czegoś na pierwszym piętrze, jego celem nie jest nauka, lecz spotkanie twarzą w twarz z królem. Nie ma więc sensu tracić czasu na rzeczy zbędne, ponieważ w porównaniu z królem wszystko jest niczym. A skoro tak, to po co miałby interesować się tym, czego uczą na pierwszym piętrze? Dlatego, gdy się tam znalazł, nie ma najmniejszej ochoty tam przebywać, lecz chce natychmiast wejść na drugie piętro, tam, gdzie przebywa sam król, bo tylko tego pragnie. Ale wtedy mówią mu, że jeśli nie nauczy się zasad obowiązujących na pierwszym piętrze, to na pewno obrazi godność króla. A więc nie ma żadnej nadziei, by mógł wejść na drugie piętro, dopóki nie nauczy się wszystkiego, czego uczą na pierwszym.

Tak samo jest z miłością do bliźniego: nie można zasłużyć na miłość do Stwórcy, dopóki nie zasłuży się na miłość do przyjaciół. Jak powiedział Rabbi Akiwa: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” – to wielka zasada Tory. Ale gdy człowiek ćwiczy się w miłości do przyjaciół, nie traktuje jej jako wartości samej w sobie, widząc w niej jedynie coś dodatkowego, niekoniecznego. I wykonuje to przykazanie, ponieważ nie ma wyjścia, ale jednocześnie w każdej chwili myśli: Kiedyż to wreszcie zasłużę na miłość do Stwórcy i będę mógł uwolnić się od tej miłości do przyjaciół, która jest dla mnie tak wielkim ciężarem? Bo tak trudno jest mi znosić moich przyjaciół, skoro, jak widzę, cechy każdego z nich różnią się od moich, i nie ma między nami żadnego podobieństwa. I tylko z konieczności przebywam z nimi, ponieważ nie mam innego wyjścia, gdyż powiedziano mi, że bez miłości do przyjaciół nie osiągnę miłości do Stwórcy. Ale mogę powiedzieć sobie, że jedyne, co mam z tego, że siedzę z nimi i znoszę ich słowa, które są mi całkiem obce i niemiłe – to naprawa samego siebie przez umartwienia. I nic nie da się zrobić, powiedziano mi, że muszę cierpieć w tym świecie, więc cierpię, siedzę i czekam, aż nadejdzie godzina, kiedy będę mógł od nich uciec i więcej nie patrzeć na tę niskość, którą w nich widzę.

Jasne jest, że taki człowiek nie czerpie z miłości do przyjaciół tego „lekarstwa”, które nazywa się „miłość do bliźniego”. Działa tylko dlatego, że powiedziano mu, że nie ma wyjścia, bo inaczej nie osiągnie miłości do Stwórcy. Dlatego wykonuje przykazanie miłości do przyjaciół, spełniając wszystkie obowiązki narzucane przez przyjaciół. Ale to, czego powinien się nauczyć, przelatuje mu obok. Czyli nie wychodzi z miłości do samego siebie, ze swojego egoizmu, i nie osiąga miłości do bliźniego. I to przykazanie wypełnia nie z miłości, lecz ze strachu, bo nie można osiągnąć miłości do Stwórcy, zanim nie osiągnie się miłości do przyjaciół. Dlatego boi się nie wykonać przykazania miłości do przyjaciół, bo w przeciwnym razie nie osiągnie miłości do Stwórcy.

Podobnie jak w naszym przykładzie, człowiek nie może wejść na drugie piętro, gdzie przebywa król, zanim nie wejdzie najpierw na pierwsze. A sens tego jest taki, że musi nauczyć się, jak nie obrazić godności króla. Zdrowy rozsądek podpowiada, że człowiek, który wszedł na pierwsze piętro, powinien się cieszyć, ponieważ teraz uczy się, jak poprawnie zachować się w obecności króla, i gdy później wejdzie do pałacu królewskiego, nie znieważy jego majestatu. Dlatego, będąc na pierwszym piętrze, powinien skupić całą swoją uwagę na obowiązujących tam zasadach i praktykować je, ponieważ chce wejść do króla, aby Mu służyć, a nie obrażać Jego godności.

Ale to dotyczy tylko tych, którzy chcą wejść do Króla, by sprawić Mu radość. Kto natomiast chce wejść do króla po to, by coś dla siebie otrzymać, postrzega swoje przebywanie na pierwszym piętrze jako zbędne i nieinteresujące. Wchodzi na nie jedynie ze strachu, wiedząc, że inaczej nie pozwolą mu wejść na drugie piętro. Jednak nie czuje żadnej potrzeby poznawania zasad zachowania wobec króla, których tam uczą. Ponieważ całe jego pragnienie, by wejść do króla, opiera się jedynie na miłości do samego siebie, czyli na egoizmie.

Dlatego musimy przyswoić sobie, że przykazanie miłości do przyjaciół zostało nam dane po to, byśmy poprzez nie nauczyli się nie obrażać godności Króla. Innymi słowy, jeśli „sprawienie przyjemności Stwórcy” nie jest jedynym pragnieniem człowieka, ten człowiek nieuchronnie obrazi godność Króla, co nazywa się przekazywaniem świętości [siłom] zewnętrznym. A zatem nie wolno nam lekceważyć miłości do przyjaciół, ponieważ to dzięki niej człowiek nauczy się, jak wyjść z egoizmu i wejść na drogę miłości do bliźniego. I kiedy człowiek całkowicie zakończy swoją duchową pracę związaną z miłością do przyjaciół, będzie mógł zasłużyć na miłość do Stwórcy.

I trzeba wiedzieć, że w miłości do przyjaciół jest szczególna cecha – człowiek nie może oszukiwać samego siebie, mówiąc, że kocha swoich przyjaciół, jeśli w rzeczywistości ich nie kocha. Tutaj człowiek może sam siebie sprawdzić – czy rzeczywiście kocha swoich przyjaciół, czy też nie. A w miłości do Stwórcy człowiek nie jest w stanie siebie skontrolować – czy rzeczywiście jego intencją jest miłość do Stwórcy, czyli czy chce tylko dawać Stwórcy, czy jednak jego pragnieniem jest otrzymywać dla siebie.

Trzeba jednak wiedzieć, że po wszystkich naprawach, które człowiekowi dano do wykonania, bez pomocy Stwórcy nie osiągnie on żadnego postępu w pracy oddawania. Zapytaliśmy więc: po co człowiek musi wykonywać działania, aby później dostąpić pomocy Stwórcy? Przecież Stwórca może pomóc także bez działań niższych, skoro tak czy inaczej praca człowieka nie pomoże mu w żadnym postępie w pracy [oddawania].

Rzecz w tym, że dopóki człowiek nie zacznie duchowej pracy, nie wie, że nie jest w stanie poradzić sobie ze swoim egoizmem. Ale kiedy zaczyna swoją duchową pracę i robi wszystko, co w jego mocy, wtedy może wznieść prawdziwą modlitwę do Stwórcy, prosząc Go o pomoc.

Ale dlaczego Stwórca chce, by człowiek wzniósł do Niego prawdziwą modlitwę? Można by pomyśleć, że tylko ludzie chcą, by zwrócono się do nich z prawdziwą prośbą. Bo jeśli człowiek naprawdę o coś prosi swojego przyjaciela, oznacza to, że potem będzie mu naprawdę wdzięczny. Człowiek, który goni za zaszczytami, czerpie przyjemność z tego, że dziękujący mu niejako uniża się przed nim. Ale jeśli mówimy o Stwórcy, czyż i On potrzebuje zaszczytów, które mogą Mu dać ludzie? Po co więc Stwórcy, by człowiek wzniósł do Niego prawdziwą modlitwę z głębi serca?

Chodzi o to, że, jak wiadomo, nie ma światła bez kli, czyli nie da się dać człowiekowi czegoś, co nie ma dla niego wielkiej wartości. Bo człowiek, który nie ma prawdziwego pragnienia posiadania jakiejś rzeczy, nie będzie jej cenił ani strzegł, i ostatecznie ją straci. A dzieje się tak dlatego, że potrzeba człowieka względem jakiejś rzeczy jest proporcjonalna do tego, jak bardzo mu tej rzeczy brakuje. I tylko ta potrzeba daje mu poczucie wartości danej rzeczy. A proporcjonalnie do wartości, jaką nadaje on tej rzeczy – będzie ją chronił, by jej nie utracić. W przeciwnym razie wszystko trafia do „sił zła” (klipot). I to jest ten stan, kiedy wszystko trafia do kelim otrzymywania, które zagarniają dla siebie całą „świętość” (kdusza), którą człowiek lekceważy, i nazywa się to „karmieniem klipot”.

Stąd wiemy, dlaczego człowiek musi rozpocząć pracę. Ale dlaczego Stwórca nie dał człowiekowi siły, by mógł sam zakończyć pracę, bez pomocy Stwórcy? Rzecz w tym, co, jak wiadomo, Zohar wyjaśnia w związku ze słowami naszych mędrców: „Temu, kto przychodzi się oczyścić, pomagają”. Pyta: „Czym?” i odpowiada: „Świętą neszama” (be-niszmata kadisza בנשמתא קדישא). To znaczy, że otrzymuje świecenie z góry, nazywane „neszama”, nazywane „osiągnięciem Boskości”. Zawiera się ono w zamyśle stworzenia: obdarzać dobrem Jego stworzenia. A zatem dzięki temu, że ma kli i pragnienie kelim oddawania, otrzymuje następnie światło nazywane „neszama”.

W ten sposób oba czynniki są konieczne. Dzięki temu, że człowiek rozpoczyna duchową pracę, otrzymuje kli. A ponieważ sam nie jest w stanie jej zakończyć i zmuszony jest wołać do Stwórcy o pomoc, otrzymuje światło.

W ten sposób zrozumiemy słowa: „Przyjdź do faraona, bo Ja uczyniłem ciężkim jego serce i serca jego sług, aby umieścić w nim te Moje znaki” (Tora, Szemot, 10:1). Powszechnie pyta się: dlaczego Święty, błogosławiony On, uczynił jego serce ciężkim? Pismo odpowiada: „aby umieścić w nim te Moje znaki”. Znaczy to: dlaczego Święty, błogosławiony On, uczynił serce człowieka ciężkim, tak że nie może on sam zwyciężyć w walce ze swoim początkiem? Odpowiedź jest taka: po to, aby człowiek zawołał do Stwórcy. Dzięki temu będzie miał kli, a wtedy Święty, błogosławiony On, może wprowadzić do tego kli litery Tory. Jest to neszama, którą Stwórca daje mu jako pomoc. To właśnie znaczy: „Tora i Święty, błogosławiony On, są jednością”. „Moje znaki” odnoszą się do liter Tory[1] jako imion Świętego, błogosławionego On. Jest to obdarzanie dobrem Jego stworzeń, zawarte w zamyśle stworzenia. Przychodzi ono do człowieka właśnie wtedy, gdy ma kli. A to kli powstaje przez uczynienie serca ciężkim: wtedy jest miejsce, by zawołać do Stwórcy o pomoc. I pomaga mu On świętą neszama, jak powiedziano wyżej.

W ten sposób zrozumiemy: „Przyjdź do faraona”, czyli [pójdziemy] obaj razem. Człowiek musi rozpocząć pracę, a wtedy widzi, że nie potrafi go pokonać. Na to wskazuje, że Mosze bał się do niego podejść. Wtedy Święty, błogosławiony On, powiedział: „Oto Ja [występuję] przeciw tobie, faraonie”. Wtedy przychodzi pomoc od Świętego, błogosławionego On. Czym? Świętą neszama, jak powiedziano wyżej słowami Zoharu.

W ten sposób zatwardziałość serca, jak powiedziano: „bo Ja uczyniłem twardym jego serce”, była po to, by u człowieka pojawiła się potrzeba modlitwy. Przy czym ta modlitwa nie jest taka, jak u ludzi, którzy, dążąc do szacunku otoczenia, otrzymują ten szacunek od tych, którzy zwracają się do nich z prośbami. Tutaj sens modlitwy polega na tym, aby u człowieka pojawiło się kli, czyli żeby odczuł potrzebę pomocy Stwórcy. Bo „nie ma światła bez kli”. A kiedy człowiek widzi, że nie jest w stanie poradzić sobie sam, wtedy pojawia się u niego potrzeba pomocy Stwórcy.

I o tym mówią nasi mędrcy: „Święty, błogosławiony On, pragnie modlitwy sprawiedliwych”. I tutaj także powstaje pytanie: Czy Stwórca potrzebuje, by człowiek się poddał i poprosił Go o pomoc? Jak już powiedzieliśmy, pragnieniem Stwórcy jest nasłodzić swoje stworzenia, a ponieważ „nie ma światła bez kli”, On pragnie usłyszeć modlitwę sprawiedliwych, dzięki której oni ujawnią kelim, i Stwórca będzie mógł w nie dać swoje światło. Stąd wynika, że ten moment, kiedy człowiek widzi, że nie jest w stanie poradzić sobie ze swoim złem, to właśnie jest prawdziwy czas, aby poprosić Stwórcę o pomoc.

Teraz zrozumiemy słowa Świętego, błogosławionego On: „I wezmę was sobie za lud, i będę wam Elohim, i poznacie, że Ja jestem AWAJa, wasz Elohim, który wyprowadza was spod brzemion Egiptu” (Tora, Szemot, 6:7). Nasi mędrcy w traktacie Brachot, 38a, objaśniają: „«Który wyprowadza was spod brzemion Egiptu». A według mędrców tak powiedział Święty, błogosławiony On, do Israela: Gdy was wyprowadzę, uczynię dla was coś, abyście wiedzieli, że to Ja wyprowadziłem was z Egiptu, jak napisano: «Ja jestem AWAJa, wasz Elohim, który was wyprowadza»”. Stąd wynika, że nie wystarcza to, iż Święty, błogosławiony On, wyprowadził lud Israela z Egiptu i zostali uwolnieni od trudów i cierpień, które tam znosili.

A gdy mówimy o służbie Stwórcy, czyli o duchowej pracy, pojawia się pytanie: Czy to nie wystarczy? Czy fakt, że stali się teraz wolni od egipskiego niewolnictwa, gdzie pod władzą Faraona nie mogli służyć Stwórcy i gdzie wszystko, co budowali dla siebie, ten poziom, który osiągali w duchowej pracy, wszystko to zapadało się w ziemię, nie wystarcza? Jak mówią nasi mędrcy (Talmud, traktat Sota, 11a): „Pitom i Ramses”. Oto zdania rawa i Szmuela: jeden mówi, że miasto nazywało się „Pitom”, a „Ramses” oznacza, że się rozpadało (mitroses מתרוסס – „rozpada się”). W komentarzu Rasziego powiedziano, że ilekroć zbudowali coś, rozpadało się i upadało. Budowali ponownie, a ono znów upadało. A drugi mówi, że miasto nazywało się „Ramses”, a „Pitom” oznacza, że pochłaniała je przepaść (pi tehom פי תהום – „usta otchłani”).

Jak widzimy, różnica między rawem a Szmuelem nie dotyczy rzeczywistości, lecz interpretacji. A rzeczywistość jest taka, że wszystko, co budowali – upadało. Czyli jakąkolwiek budowlę stworzyli w duchowej pracy, przychodzili Egipcjanie, czyli obce myśli, nazywane Egipcjanami, i niszczyli całą ich pracę. I cała duchowa praca, jaką wykonywali, wkładając w to wszelkie siły, by służyć Stwórcy – wszystko pochłaniała ziemia. I każdego dnia musieli zaczynać od nowa. I wydawało im się, że w ogóle nie wykonują duchowej pracy. Co więcej, za każdym razem, gdy myśleli, że właśnie teraz muszą się rozwinąć, widzieli, że nie tylko nie posuwają się naprzód, ale jeszcze się cofają, ponieważ za każdym razem pojawiały się nowe pytania typu „kto?” i „co?”.

Teraz musimy zrozumieć, co takiego szczególnego jest w Wyjściu z Egiptu. Wszak synowie Israel już mogli służyć Stwórcy bez obcych, egipskich myśli. Czym więc jest to poznanie, o którym powiedziano: „i poznacie”? Co daje nam wiedza, że to właśnie Stwórca wyprowadza ich z Egiptu?

Jeszcze jedno pozostaje niejasne: kiedy mówimy o egipskim niewolnictwie, że pracowali oni w mękach, i gdy zostali z tego uwolnieni – czego jeszcze im brakuje?

A czym jest „wycieńczająca praca”? Nasi mędrcy objaśniają (Talmud, Sota, 11b): „Całą ich pracę, którą narzucali im w ucisku”. Rabbi Szmuel bar Nachmani powiedział w imieniu Rabbiego Jonatana: „Zamieniali pracę mężczyzn na pracę kobiet, a pracę kobiet na pracę mężczyzn”. „Egipcjanie zmuszali synów Israela do pracy w ucisku”. Rabbi Elazar mówi: „łagodnymi słowami”[2].

Musimy zrozumieć, co oznacza „pod uciskiem” w sensie duchowej pracy. I tutaj należy rozróżnić dwa aspekty:

  1. Działanie. Nazywa się to częścią jawną, czyli to, co jest jawne dla człowieka. I nie można powiedzieć, że człowiek może się tu mylić lub oszukiwać, ponieważ niemożliwe jest pomylenie się w tym, co widoczne dla oczu. Wypełnianie przykazań i studiowanie Tory jest widoczne dla samego człowieka, a także inni mogą widzieć, czy człowiek przestrzega Tory i przykazań.
  2. Intencja. Nazywa się to częścią ukrytą, ponieważ intencja, jaką człowiek wkłada w swoje działanie, nie jest widoczna dla nikogo innego. Ale również sam człowiek nie może w pełni dostrzec intencji swojego działania, ponieważ w intencji można się pomylić lub oszukać. Tylko to, co widoczne dla oka i nazywane jest częścią jawną, każdy może osądzić prawdziwie. Natomiast w odniesieniu do intencji serca i myśli człowiek nie może polegać na sobie. Czyli jest to ukryte zarówno przed nim, jak i przed innymi.

Teraz możemy wyjaśnić, czym jest „męcząca praca”, jak powiedziano, że zastępowali pracę męską kobiecą i odwrotnie. Pracą męską nazywa się stan, w którym człowiek jest już mężczyzną[3], zdolnym przezwyciężać swoje zło i zajmować się Torą i przykazaniami w działaniu. Dlatego, gdy już nazywa się mężczyzną, czyli wojownikiem, człowiek potrafi walczyć ze swoim złem w działaniu. Dlatego dla niego nadszedł czas, by zająć się duchową pracą w drugim z wymienionych aspektów – w części ukrytej, czyli w intencji. To znaczy, że od tej chwili musi starać się budować intencję swoich działań tak, by było to dla sprawienia przyjemności Stwórcy, a nie dla własnej korzyści.

A zatem, co uczynili Egipcjanie, kiedy zobaczyli, że jest on mężczyzną, zdolnym wyjść spod ich władzy i wejść pod wpływ sił świętości (kdusza)? Zamienili jego pracę na kobiecą, czyli sprawili, że cała jego praca jakby stała się kobieca. Innymi słowy, Egipcjanie dali im do zrozumienia, że intencja nie jest nikomu potrzebna, a liczy się wyłącznie działanie. A w działaniu możesz odnieść sukces, bo widzisz, że jesteś mężczyzną i potrafisz pokonać swoje zło i wykonywać Torę i przykazania we wszystkich ich szczegółach, więc powinieneś włożyć całą swoją energię w dokładne ich wypełnianie. Ale nie powinieneś zajmować się intencją, bo ta praca nie jest dla ciebie, lecz tylko dla wybranych. A jeśli zaczniesz pracować w intencji oddawania, czyli będziesz dążyć do tego, by wszystko było z intencją dla Stwórcy, nie starczy ci już sił, by zachować wszystkie szczegóły „jawnego” działania, w którym nie możesz się pomylić, bo sam widzisz, co robisz. A więc właśnie w tym możesz osiągnąć więcej – wykonując działania we wszystkich ich szczegółach.

Z drugiej strony, co do intencji, tutaj nie masz prawdziwej samokontroli. Dlatego radzimy ci dla twojego własnego dobra. I nie myśl, proszę, że chcemy cię odsunąć od duchowej pracy. Wręcz przeciwnie, chcemy, żebyś się wzniósł na poziom świętości (kdusza).

To nazywa się, że zamieniano męską pracę na kobiecą. Zamiast tego, by Israel wykonywał pracę mężczyzn, Egipcjanie tłumaczyli im, że lepiej jest im wykonywać kobiecą pracę, czyli pracę odpowiednią dla kobiet.

A „kobiecą pracę na męską” oznacza, że tym mężczyznom zabrakło sił do walki, ponieważ „siły ich opadły, jak u kobiety”, czyli osłabli w wypełnianiu Tory i przykazań i nie mieli już sił, by zachowywać nawet jawną część przykazań, która nazywa się działaniem. Cała ich duchowa praca w pokonywaniu zła w sobie ograniczyła się więc do działania, a nie do intencji. Wtedy przyszli do nich Egipcjanie i wyjaśnili, że nie chcą im przeszkadzać w duchowej pracy, lecz wręcz przeciwnie, chcą, by stali się prawdziwymi sługami Stwórcy. Powiedzieli: Widzimy, że chcecie wykonywać duchową pracę, i dlatego mówimy wam, że najważniejsze w duchowej pracy nie jest działanie, lecz intencja. Wy chcecie pracować w działaniu, czyli przyzwyczajać się do walki ze swoim ciałem, uczyć się dodatkową godzinę, albo modlić się pół godziny dłużej. Albo chcecie przykładać się do tego, by odpowiadać: „Błogosławiony On”, „błogosławione Jego imię” i „amen” i nie rozmawiać podczas powtórzenia modlitwy przez kantora. A kto tego potrzebuje? Najważniejsze to intencja dla Stwórcy. I właśnie tutaj powinniście włożyć cały wasz wysiłek. A po co wam tracić siły na „puste” rzeczy? Nawet jeśli według halachy trzeba zachowywać te wszystkie drobiazgi, to ta praca nie jest dla was. To praca kobieca, a wy powinniście wykonywać pracę męską. A to, że chcecie pracować tylko w działaniu, nie przystoi wam. Bo powinniście kłaść nacisk na intencję, czyli wszystkie siły, które macie do pracy, skierujcie na to, by wszystko było dla Stwórcy. I w żadnym razie nie myślcie, że chcemy wam przeszkodzić w waszej duchowej pracy, bo wręcz przeciwnie, chcemy, byście wznieśli się w duchowości i doszli do doskonałości, czyli do stanu, w którym „wszystkie wasze czyny będą tylko po to, by sprawić przyjemność waszemu Stwórcy”.

A ponieważ wciąż znajdują się na stopniu nazywanym „kobieta”, nie mają sił nawet do sprzeciwienia się w działaniu. I to się nazywa: „siły ich opadły jak u kobiety”. I wtedy Egipcjanie wyjaśniali im, że najważniejsza jest intencja dla Stwórcy. A Egipcjanie byli przekonani, że nie starczy im sił do duchowej walki. I o tym pisał Rambam (Miszne Tora, Prawa tszuwy, 10:5): „Powiedzieli nasi mędrcy: niech człowiek przez cały czas zajmuje się Torą, choćby nawet lo liszma, bo z lo liszma dojdzie do liszma. I dlatego, gdy uczą dzieci, kobiety i ludzi prostych, uczą ich pracować z bojaźni i dla nagrody, aż do czasu, gdy wzrośnie ich wiedza i wypełnią się mądrością. I dopiero wtedy stopniowo odkrywa się przed nimi tę tajemnicę i przyzwyczaja ich się do niej powoli, by ją pojęli, zrozumieli i zaczęli służyć Stwórcy z miłością”.

A Egipcjanie doradzali tym, którzy znajdowali się na stopniu „kobiet i dzieci”, by nie postępowali zgodnie z Rambamem, lecz przeciwnie, mimo że znajdują się na „kobiecym” stopniu, niech od razu zaczynają pracować nad intencją liszma. I byli pewni, że przez to pozostaną oni pod ich władzą, poza świętością.

To nazywa się „wycieńczającą pracą”, jak wyjaśnił Rabbi Szmuel bar Nachmani: „w ucisku” – „przez łamanie”. Raszi wyjaśnia: „przez łamanie i rozbijanie ciała i lędźwi”. Powód jest taki: gdy zamieniają pracę mężczyzn na pracę kobiet, a pracę kobiet na pracę mężczyzn, dzieje się to, co objaśniliśmy. Praca mężczyzn polegała na przezwyciężaniu siebie, posuwaniu się naprzód i kierowaniu się intencją liszma. Egipcjanie osłabiali ich w tej pracy, ponieważ byli jej przeciwni. Oprócz pracy nad przezwyciężaniem siebie, by móc kierować się intencją oddawania, mieli jeszcze pracę [polegającą na zmaganiu się z tym], że Egipcjanie przekonywali ich, iż cała ta praca jest zbędna: praca oddawania nie jest dla nich, lecz dla wybranych. Dlatego nazywa się to „podwójną pracą”: (1) wysiłek, by móc kierować się intencją oddawania; (2) walka z nimi i powiedzenie, że to nieprawda, gdyż mogą dojść do liszma, wbrew temu, co mówią Egipcjanie – że powinni wykonywać pracę kobiet.

A całe zamierzenie Egipcjan polegało na tym, by Israel nie zbliżył się do pracy oddawania. Zamieniali pracę kobiecą na męską, mówiąc, że praca kobieca nic nie znaczy, że to pustka – wykonywanie Tory i przykazań jedynie w działaniu, gdy cała walka z egoizmem odbywa się tylko na poziomie czynu. A to stoi w sprzeczności z tym, co mówi Rambam, że kobiety mają zajmować się tylko czynami i nie należy uczyć ich budowania intencji liszma.

Dlatego, gdy przyszli Egipcjanie i powiedzieli, że powinni wykonywać męską pracę, czyli budować intencję oddawania, ich praca stała się cięższa, ponieważ:

  1. nie byli w stanie pracować liszma,
  2. trudniej im było pokonywać ciało i wykonywać praktyczne przykazania niż przed pojawieniem się „obcych”, egipskich, myśli, które im wmawiały, że czyny bez intencji nic nie znaczą, i tym samym obniżały wagę przestrzegania Tory i przykazań „lo liszma” (nie dla Stwórcy).

W ten sposób, z powodu Egipcjan, praca kobieca została w ich oczach poniżona. I to doprowadziło do tego, że stała się „wycieńczającą pracą”, „łamaniem i rozbijaniem ciała i lędźwi”.

Widzimy zatem, że słowo perech (פרך) można interpretować na trzy sposoby. Między tymi interpretacjami nie ma żadnej sprzeczności, bo wszystkie te trzy aspekty istnieją jednocześnie, a każdy wybiera dla siebie odpowiednie wyjaśnienie:

  1. Pierwsze wyjaśnienie daje Rabbi Elazar – że to „łagodne słowa”.
  2. Rabbi Szmuel bar Nachmani – że to „łamanie”, „rozbijanie”.
  3. Rabbi Szmuel bar Nachmani, w imieniu Rabbiego Jonatana – że zamieniano pracę męską na kobiecą, a kobiecą na męską.

Wszyscy jednak zgadzają się, że „wycieńczająca praca” to „łamanie ciała”. Bo praca ta była tak ciężka, że mówiono o niej: „praca łamiąca ciało i lędźwie”. I dlatego, że zamieniano pracę męską na kobiecą i odwrotnie. A to prowadziło do ciężkiej pracy.

Ale dlaczego słuchali Egipcjan? Bo Egipcjanie mówili do Israelitów „łagodnymi słowami”, czyli „egipskie myśli” przychodziły do nich w formie „łagodnych słów” i rad, które rzekomo miały wcale nie oddalać ich od duchowej pracy, lecz wręcz przeciwnie, aby wskazać im, jak podążać drogą Stwórcy, by nie tracić czasu i naprawdę poruszać się naprzód w duchowej pracy. A ponieważ Israelici słyszeli, że mówią do nich „łagodnymi słowami”, trudno im było oprzeć się tym myślom.

Stąd rozumiemy, dlaczego słuchali Egipcjan, gdy ci zamieniali pracę męską na kobiecą i odwrotnie – właśnie dlatego, że Egipcjanie przemawiali do nich „łagodnymi słowami”.

Zatem z powodu dwóch wymienionych powyżej przyczyn synowie Israela wykonywali „wycieńczającą pracę”, która, jak mówi Rabbi Szmuel bar Nachmani, „łamała” ich, czyli była pracą łamiącą ciało.

W świetle tego należy zrozumieć: czy nie wystarcza ludowi Israela, że Stwórca wyprowadził go z Egiptu, to znaczy spod ich niewoli, i że mogli zajmować się Torą i przykazaniami, każdy według swojego osiągnięcia, a klipa Egiptu nie miała siły sprzeciwiać się ich pracy? Jak wielki jest ten cud! Kto potrafi ocenić jego znaczenie? Człowiek zdaje sobie sprawę, ile cierpień i trudów odczuwa, gdy przebywa na wygnaniu, w niewoli faraona, króla Egiptu, i ocenia w sercu miarę ciemności [związanej z] „Pitom i Ramses”, które budowali, jak powiedziano wyżej. A teraz nagle otworzyły się bramy klipa Egiptu i wyszli na wolność, pod własną władzę. To znaczy, że mieli teraz wolność zajmowania się Torą i przykazaniami zgodnie ze swoim pragnieniem, bez żadnych przeszkód. Jakąż radość i uniesienie ducha przynosi człowiekowi porównanie czasu ciemności z czasem, gdy świeci! To właśnie jest, jak mówimy: „Oddzielający światło od ciemności”.

W świetle powyższego należy zrozumieć, dlaczego konieczne jest poznanie, że właśnie Stwórca wyprowadza was spod brzemion Egiptu, zgodnie z wykładnią naszych mędrców: „Gdy was wyprowadzę, uczynię dla was coś, abyście wiedzieli, że to Ja wyprowadziłem was z Egiptu”, jak napisano: „Ja jestem AWAJa, wasz Elohim, który wyprowadza was spod brzemion Egiptu” (Talmud, Brachot, 38a; Tora, Szemot, 6:7).

Należy jednak zawsze pamiętać o celu, do którego dążymy. A skoro celem stworzenia jest obdarzyć stworzenia błogością, naszym celem jest otrzymać wszystkie dobra i przyjemności, które On dla nas przygotował. Jednak dla osiągnięcia naprawy, która nazywa się „zlanie się ze Stwórcą”, czyli upodobnienie do Stwórcy we właściwościach, musimy wykonać pracę, która pozwoli nam osiągnąć kelim oddawania. Tym niemniej, jest to jedynie naprawa stworzenia, a nie osiągnięcie doskonałości. Gdyż doskonałość to „poznanie Stwórcy”, to znaczy, że konieczne jest poznanie i osiągnięcie Tory, która nazywana jest „imionami Świętego, błogosławionego On”.

Dlatego nie wystarcza, że mamy już siłę do wypełniania Tory i przykazań bez żadnych przeszkód, gdyż jest to tylko naprawa, a nie doskonałość celu. Doskonałość celu to osiągnięcie poznania Tory w aspekcie: „Tora, Israel i Święty, błogosławiony On, są jednością”. To właśnie powiedzieli nasi mędrcy: „Tak powiedział Święty, błogosławiony On, do Israela: «I poznacie, że Ja jestem AWAJa, wasz Elohim, który wyprowadza» – ponieważ Ja, a nie posłaniec”. Znaczy to, że cała społeczność musi dojść do poznania Stwórcy, nazywanego „Torą” w aspekcie imion Świętego, błogosławionego On.


[1] Przyp. tłum. Autor wiąże ototai (אותותי), „Moje znaki”, z otijot (אותיות), „literami”. Podstawą objaśnienia jest ot (אות), oznaczające zarówno znak, jak i literę. Te dwa wyrażenia nie brzmią identycznie; jest to wykładnia wykorzystująca ich wspólną podstawę językową.

[2] Przyp. tłum. Be-farech (בפרך) oznacza „w ucisku, z bezwzględną surowością”. Wykładnia be-fe rach (בפה רך), dosłownie „łagodnymi ustami”, wykorzystuje podobieństwo brzmienia. Nie są to identyczne zapisy: drugie wyrażenie ma dodatkową literę hej i inny podział słów. Dalej autor przywołuje też be-pricha (בפריכה), „przez łamanie, kruszenie”.

[3] Przyp. tłum. Gewer (גבר), „mężczyzna”, łączy się tu z lehitgaber (להתגבר), „przezwyciężać, przemagać się”. Określenia „praca mężczyzn” i „praca kobiet” są w tym wywodzie nazwami stanów w pracy duchowej, opisanych przez autora, a nie podziałem czytelników według płci.